Burn babe burn!

… jak żywa pochodnia. No tak. Mało jest koszulek z napisami które mogłabym nosić. Bardzo, ale to bardzo rzadko bywało żebym któryś z tekstów akceptowała. Długo tak. Do tego stopnia, że nie pamiętam tak kilka lat wstecz, żebym miała jakiekolwiek koszulki z nadrukiem. Wszystko w jednym kolorze, albo w etno-wzorki. Pamiętam nawet kiedy mi się to zmieniło. Nie, nie trzeba mi było do tego żadnych wydarzeń życiowych. Nic takiego. Wystarczyła jedna biała – uwaga, zwykłych białych t-shirtów też nigdy nie nosiłam – bluzeczka z odpowiednim tekstem. O ile dobrze kojarzę kupiona w Diversie, jednym z moich ulubionych sklepów z ciuchami. A nie, aż tak wiele ich mam, i o dziwo, żadne h&my nie wchodzą w grę. Tam nawet nie wchodzę. No dobra. Bardzo rzadko. Chyba miałam tak od zawsze. Zdecydowanie. Bo jakieś tam próby tworzenia własnych wzorów kojarzę. Wyglądało to wówczas… hmmm… no… nie bardzo. Z pewnością nie do noszenia na miasto. Teraz jest lepiej. Zresztą jakie lepiej? Niebo a ziemia.

 

Płoń dziewczyno… Wzór okupiony godzinami pracy, i to nie tylko nad nim. Najpierw cały proces malowania na koszulkach. Technika cięcia szablonów. Praca nad liternictwem. No ok. Miałam ciut łatwiej, jako że już kiedyś zabawy w szablon próbowałam z jakimś tam skutkiem. Trzeba było tylko i aż opanować akryl do tkanin. Stopień rozcieńczenia, ilość farby czy samą technikę nakładania na wzór i suszenia. Chyba daje radkę.

Przyznam się. Nie jest to pierwsza w ostatnich kilku tygodniach koszulka malowana przeze mnie. Było jeszcze coś innego na czym poznawałam tajniki smarowania po szmatkach. Kiedyś pewnie pokażę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *