Nie ma ucieczki – tak pisze Tokarczuk, a pisze mądrze i dojrzale, jak twierdzą recenzenci na okładkach jej książek i w opisach w internetowych sklepach.
Jesteś tym, kim jesteś.
I koniec, kropka. Bez dyskusji.
Czasem tylko kolorowe magazyny próbują „mówić nam, czego nie zrobiliśmy, gdzie zawaliliśmy, co zaniedbaliśmy i w końcu naszczuć nas na samych siebie, żebyśmy sobą gardzili”*
Można próbować się zmieniać, korzystać z tych wszystkich pseudo-optymistycznych kolorowych rad, przejść na dietę, być bardziej fit. Nic to. Jesteś tym, kim jesteś. Nie boksuj się z życiem, nie dyskutuj. Wszystko zapisane w gwiazdach, tych skomplikowanych wykresach, w ułożeniu do siebie planet. Z nimi naprawdę się nie dyskutuje, jak z przedwiecznymi bogami. Orion na sklepieniu mojego nieba świeci ostatnio tak wyraźnie kiedy patrzę na nie siedząc na balkonie z kotem pod ręką. I wtedy żałuję, że nie zainteresowałam się do tej pory bardziej spoglądaniem w gwiazdy, sztuką odnajdywania ich na nieboskłonie i czytania. Może tak miało być, a może gdzieś, kiedyś jeszcze mnie to w życiu spotka. Reaguję dość emocjonalnie czytając o konstelacjach, gdy przed moimi oczami rozwija się cała ta mapa, ten niebiański „datownik jak na liście” przystemplowany w momencie moich urodzin.
Wyobraźnia rozpalona płonie, a pod powiekami rysują mi się konstelacje, połączone prostymi liniami kropki na granatowym niebie. Ale w naturze nic nie jest proste, prawda? I nic oprócz śmierci (i rzecz jasna podatków) nie jest…
pewne i oczywiste
Oczywistością powinna być dla mnie treść „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Przecież film widziałam nie aż tak dawno temu. Powinnam więc wiedzieć dokładnie gdzie poprowadzi mnie książka. Cóż… gdzieś tam ostatecznie tak, wiedziałam. Tylko jak w utworze przeznaczonym dla szerszej publiczności przekazać, to, co między wierszami. Może jakoś by tak… nie wiem, nie znam się na kręceniu filmów. Chyba to na moje szczęście, że umiem je tylko oglądać.
Trudno by było powiedzieć o przekładzie w jeden do jeden. Ba, to co widziałam w kinie to klasyczny przykład na to, czym różni się adaptacja od ekranizacji. Tak wyraźnie. Bo i jak nie zanudzić widza tym co jest pomiędzy, tym co dla każdego czytelne jest na inny sposób i wyświetla się pod powiekami. Wiadomo, że liczy się rozmach, akcja, emocje, pościgi i dramatyczne historie z miłością w tle. A tu, zdaniem moim skromnym w filmie zostało to tak wypaczone i spłaszczone, dodane niepotrzebne, zupełnie nie mające odzwierciedlenia w niczym w zasadzie zależności i namiętności. A miłość i namiętność w życiu… hmmm… chyba rodzi się po cichu, nieśmiało, bez wielkich wybuchów.
Niezgodności
… jakie mogę zarzucić filmowej adaptacji jest wiele. Bardzo wiele, ale cóż… trudno by było tego oczekiwać w stosunku do filmu który w jakiś tam sposób miał być chwytliwy. Tak jak tylko można na warunki polskiej kinematografii, bo taki mamy klimat, tak aby nie tylko fani książek Tokarczuk, i nie tylko obrońcy zwierząt byli w stanie to obejrzeć. No i jak to wszystko można było by pokazać, tak w jeden do jeden. Trudne zadanie. Opisać pewnego rodzaju narastający „obłęd” i zdziwaczenie głównej bohaterki. Pisałam wcześniej, że gdzieś tam w tej kreacji widzę alternatywną wersje siebie. Tak za kilkadziesiąt lat. Z przerażeniem. Tym bardziej spotęgowanym po przeczytaniu książki, bo o ile film jeszcze rysował postać w bardziej lekki sposób, tak czytając śledziłam jej odciski stóp, ścieżki którymi podążały myśli. Niebezpieczne rozdroża i szlaki wśród gór i ciemnych ostępów leśnych ludzkiej psychiki. A to takie uproszczone w kinie było. Wszystko. I astrolożka, Dyzio i Dobra Nowina. Tak, żeby dla szerszego audytorium dało radę to obejrzeć. Odrobina sensacji, pościgów, ucieczki i akcji
I happy end.
A ja nie wierzę w happy endy. Nadużyciem pewnie było by powiedzieć, że to przez fakt, iż dużo za dużo już w życiu widziałam. No ale nie wierzę. Trudno. Tekst w przeciwieństwie do „wersji” kinowej mi to jakby rekompensuje. I stawia dalsze, niestrudzenie pojawiające się pytania o sens. I o datę śmierci.
* Olga Tokarczuk, Prowadź pług swój przez kości umarłych, Kraków 2016, str 156