Jak w zeszłym roku i zapewne też w poprzednich „rokach” – nie wiem, nie widziałam wtedy, nie brałam w tym udziału – co środę wieczór można sobie iść do kina zupełnie za darmoszkę. Kuszące, co nie? Pod chmurką, a w razie deszczu, gradobicia czy innej letniej apokalipsy w zadaszonym miejscu. W galerii handlowej. WTF. No tak. Stary Browar i jego park i kino letnie. Bywałam rok temu. Spacerując sobie na film przez wieczorną Wildę. Seans. Powrót. Ochłonąć i spać. I tak co tydzień powtórka z rozrywki. Tym razem motywem przewodnim, który spina wszystkie wyświetlane filmy ma być przyjaźń.
Buena Vista Social Club
Nudny dokument ponoć. Ponoć. Bo jak film dokumentalny ma być fascynujący i wzbudzać emocje. Zależy od filmu. Ten akurat był dość głośny i znany lata temu. Najpierw muzyka, ta sama która później stanowi ścieżkę dźwiękową filmu – bo to o jej tworzeniu jest. Puszczane wszędzie, dosłownie wszędzie. Nawet na obozie Capoeira nad morzem kilkanaście lat temu. Bo muszę się przyznać, kiedyś to trenowałam. Muzyka, ruch, energia, ludzie. Ludzie z których co niektórzy chcieli być bardziej brazylijscy niż sami Brazylijczycy. Bywa i tak. Ale, o filmie… Kiedy oglądam dokument zastanawiam się, po co. Co ja mam tam zobaczyć?
Havana
Miasto utracone. Ponoć. Taki film też był i nawet widziałam go w kinie. I bardzo żałuję (no, ok – z tym, że tak bardzo to jednak bez przesady), że „Buena Vista…” nie zobaczyłam wcześniej. Nie żebym miała jarać się i teraz udawać i doszukiwać się kubańskiego pochodzenia, palić cygara i pić rum, choć rum lubię… ale… do kilku lat wstecz nie miałam zbyt dużej świadomości na temat instrumentów, bębnów. Taki tam stały motyw. Zawsze, ale to zawsze pojawiają się przy afrykańskich i południowoamerykańskich rytmach. No więc, djembe, taki bębenek od dawna mam. I długo poza tym nic i pustka w głowie, nie wiedziałam jak wyglądają inne. Potem „poznałam” i darbukę, i daf, i udu drum… Yhm. Taki gliniany garnek do pogrywania rytmów. Dość specyficzny. Wow! No, wow. A mogłam z filmu o jego istnieniu dowiedzieć się kilkanaście lat wcześniej. Trudno, świat się od tego nie zawali. Przynajmniej nie mój. Ja i tak nie umiem grać.
Umiem słuchać
…różnej muzyki. I tak, uważam, że to jest coś czego się można i powinno nauczyć. Jak z rockiem progresywnym. I jak z lekko jazzującymi, kubańskimi piosenkami. Które to mimo, że instrumenty dęte, klasyczna gitara, pianino i śpiew są „ludyczne”. Są o czymś bliskim dla innych ludzi. Dla społeczności. Tej z odrapanych kamienic, ciasnych ulic, bram i podwórek. Bo to zapewne dla nich najbardziej ta muzyka jest czytelna i namacalna. Wystarczy przeczytać tekst lub jak ktoś umie w tamtejszym języku posłuchać.