Jestem kotem. Tak twierdzą osoby, które jakoś tam mnie znają. Takim typowym i tak naprawdę. (no bywam, też wiewiórką, ale to na jedno w sumie wychodzi.) A koty wiadomo – chodzą własnymi, nikomu nieznanymi ścieżkami i meandrami rzeczywistości.
I robią, co chcą. Dokładnie to. Spaceruje – ach, jakie to ładne słowo – więc po wildeckich zaułkach, zapuszczam się nawet i dalej na tereny centrum miasta. Zwiedzam sobie. Miejsko zwiedzam, czując się turystką we własnym mieście. Można? Można! Czasem gdzieś jak przystało na prawdziwego, rasowego kota na dachu przycupnę. Z flaszką wina pomarańczowego. Jak wypada dachowcowi.
Można? Tak, właśnie można. Łączę „kocie” t-shirty, dresowe spódnice i halówki. A ponoć sportowe obuwie do kiecki jest nie teges. Jak widać. Tylko szaro coś, jak na mnie. Lato, a gdzież ta feeria barw i kolorów. No cóż. I tak czasem w życiu bywa.