Foto-aktywni

Mówiłam, że z filmem mam nie za wiele wspólnego? Mówiłam – przy okazji festiwalu OFF Cinema. To, że odnalazłam się tam jako wolontariuszka to jeden z tych cudownych życiowych przypadków, które pomagają mi poznać coś nowego, co niekoniecznie leżało w kręgu moich zainteresowań, chociaż równie dobrze od dawna mogłoby tam być. Więcej wspólnego zawsze miałam z nieruchomymi obrazkami. Zdecydowanie, to.

Zwykle łażę sobie po mieście z puszką w kieszeni (a jeszcze częściej ze szkicownikiem i kompletem farb), pstrykam palcami po czerwonym grzybku na spuście migawki mojej „małpki”. Zaglądam tu i ówdzie, po drodze, po podwórkach, prawie że na dziko i na spontanie do Atelier Stowarzyszenia Łazęga Poznańska. A i czasami jakiś foto-kuriozalny plener mi się trafi. Często też bywam po drugiej stronie „słoika”. Ale…

Obrazki w ruchu…

W to nie umiem. Czasem oglądam, acz nie za często. Zdarza mi się jednakże coś ciekawego zobaczyć, bo robić takich nie umiem. Ba, nawet nie próbuję. Fotografia jest tym co mnie głównie jara. Film? No nie, niekoniecznie. Dokumentalny? Jeszcze gorzej i wstydliwie przyznam, że prawie wcale. Oczywiście do czasu… do czasu wspomnianego OFF Cinema w Zamku. No nie powiem, iż zajarałam się tym i odkryłam w sobie nową pasję, bo zwyczajnie nie. Mogłam za to pozbyć się stereotypów, poszerzyć lekko zakres swojego postrzegania i własne horyzonty. Filmów w trakcie tej imprezy widziałam kilka. Festiwalowych, takich których raczej nie zobaczę już nigdzie, albo gdzieś tam okazjonalnie. Niektóre mnie wgniotły, zapadły we mnie, zadały pytania, zmąciły spokój w głowie. Różnej maści te obrazki były, różne też pojawiły się pytania. Czy i na ile mamy wpływ na otaczającą rzeczywistość – rozkminiałam w główce po seansie „Jeszcze dzień życia”. Jak bardzo? Bardzo – to radosne przemyślenie zostawił we mnie film, o dziwo nie ten przed chwilą wspomniany o wojnie a…

Film o fotografii.

Zaczyna się krótkimi scenkami. Raz, dwa, trzy, jak statyczne ujęcia na kliszy, jak krótkie etiudy nagrywane w ramach ćwiczeń przez zaprzyjaźnionych podczas festiwalu ze mną studentów. Reportaż, dokument, niemalże fotograficzny. Krótkie ujęcia, które tak właściwie można by zawrzeć w jednej zamrożonej klatce. Jednej, dosłownie. Jak inaczej pokazać dokument o fotografii, o scenach zamkniętych w ułamku sekundy, ułamku który jest w stanie mówić o wieczności.

Potem już płynnie, scena po scenie. Ujęcia nadal jak z sesji zdjęciowej. Czy będzie o modelkach? No nie, całe szczęście nie, chociaż w tej materii zwykle się fotograficznie obracam, ale wymalowane laski w sukienkach to naprawdę nie wszystko. To film o fotografach i o antropologii kulturowej (wtf?) trochę też – wychodzę z zaciemnionej sali po seansie przepełniona tą właśnie myślą. A raczej dziesiątkami ciepłych i przeplatających się ze sobą i pierwszymi wnioskami uczuciami. Nie zdarza mi się to w kinie. Serio. Bo jak to tak, skoro zazwyczaj staram się być oderwana od świata, emocji i jakichkolwiek uniesień. Wiadomo po wzlotach są i upadki a wówczas można się kilku niepotrzebnych siniaków na tyłku dorobić. Próbuję więc w życiu być na zimno. Z dala od wszelkich wzniosłych odczuć. Nie czuję od dłuższego czasu już prawie nic. Od dawna wypełniam się pustką. A mimo to ten właśnie film ciepły i lekki w odbiorze we mnie zapada. Dogłębnie. Porusza struny o których już dawno zapomniałam. Wzrusza mnie, powoduje cieplejsze drgania serca. Podczas seansu prawie z wzruszenia płaczę, kręci mi się w oku. To dość dziwne jak na mnie, co nie?

Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Co daje nasza obecność w świecie? – Nie wiem. Nie znam też odpowiedzi na dziesiątki innych filozoficznych pytań (no może poza tym najważniejszym. „jakie jest hasło do Wi-Fi” 😉 )Po prostu nie wiem. Doskonale za to po seansie wiem, że…

Możemy zmienić wiele

Naprawdę wiele. Mamy jak pewnie jeszcze nigdy dotąd możliwość działać. I nie mam tu wcale na myśli rozgorączkowanych, dziwko-atencyjnych akcji typu „pokaż w internetach jak bardzo jesteś eko i dbasz o naturę i zwierzątka używając wielorazowych podpasek i terroryzując wszystkich wokół”. No nie. Ani nie myślę o nastawionych na konkretny target szumnych akcji. Świat zmienia samo istnienie, dokładnie takimi jakimi jesteśmy. Robienie tego co zwykle. No wiecie w końcu widziałam przedpremierowo „Jeszcze dzień życia” – film o wojnie i reporterze z Polski. Ale nie o tym seansie teraz myślę.

Twarze, plaże

Niczym lekka francuska komedia, oglądany przeze mnie z rozbawieniem. Z kręcącą się łezką w oku. I wiem, że wśród innych ludzi może wcale a wcale nie wzbudzać takich emocji i głębszych przemyśleń. Nie musi, nie na tym rzecz polega. To dokumentalny zapis spotkania dwóch osobowości. Ona i on. Starsza kobieta, niczym nowocześnie myśląca babcia, fotograf i kilka dekad młodszy performer, również fotograf uprawiający streetart. I ich wspólny fotograficzno-antropologiczny (jak mi się po obejrzeniu nasunęło) projekt. Wspólne działanie które mimowolnie łączy spotykanych po drodze ludzi, aktywizuje lokalne społeczności, wyciąga z zamkniętych domów, skłania do wspomnień i refleksji. Ożywia i skłania do dalszego działania. Wspólnego.

Więc co tak naprawdę zmienia nasza obecność wśród innych ludzi? Wszystko. Czasem może zupełnie zwyczajnie i bez wcześniejszej zapowiedzi przewrócić do góry nogami cały nasz świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *