Chciałabym to stracić. To. Chyba rzadko zdarza się, że ktoś chce się czegoś pozbyć . No chyba, że mówimy o Giveboxach, ale umówmy się, że nie tym razem, teraz nie o sharing economy. Chciałabym być odarta z tej nadwrażliwości na świat. Maskuję całkiem nieźle, wybujałą odwagą. Nie, odwagi cywilnej czy w ogóle jako takiej mi nie brak. Potrafię mówić wyraźnie co mi nie pasuje, co mnie drażni, otwarcie i szczerze. Stracić to chłonięcie emocji, przyjmowanie na swoje barki całego świata, to czucie całą sobą.
Natrętnie myślę, że nie pasuję… że jestem jak puzzel z innego kompletu któremu by trzeba przyciąć czy urwać to i owo żeby go wtłoczyć do układanki. Mam wrażenie, że coś mi umyka, przecieka przez palce, że nie umiem. I jednocześnie całą sobą wiem, że to jest coś czego właśnie nie chcę. Część układanki. W te klocki nie umiem. Czasem nie umiem patrzeć bez piekącego bólu pod powiekami. Mrużę oczy patrząc w słońce. Mimo to robię to ciągle, wiedząc że i tak będzie bolało. Z światłowstrętem odwracam wzrok, kiedy całą sobą czuję, że coś, że właściwie wszystko dzieje się poza mną. Życie jest gdzie indziej – pisał Milan Kundera. Nie pamiętam gdzie. Ciężkie egzystencjonalne lektury przytrafiły mi się zbyt wcześnie. Za mało być może rozumiałam. Nie wyciągnęłam wniosków. Nadal z bólem patrzę w słońce.

