OFF!

Off we go… bądź off, od wszystkiego – od ładnych filmów w multipleksach i kubłów z popcornem, obowiązkowych po tym i w trakcie selfie ślicznych dziewczyn, wrzucanych masowo ślicznych fotek na insta. Bądź ponad tym. Po prostu bądź na Off Cinema Festival – 22-gi już raz w Poznaniu – mój pierwszy.

Pierwszy raz. I po raz pierwszy też w moim życiu słyszę:

Na chuj ci ten wolontariat?

„Nie nauczyłaś się jeszcze w życiu żeby nie pracować za free dla innych? I co ci to daje? Co z tego masz? A na co ci to?” – a na takich chuj żebyś się pytał, wypadałoby odpowiedzieć. Ale mam coś z tego. Całkiem sporo. Możliwości spotkania ludzi podobnych mnie, takich którzy jeszcze się w życiu nie nauczyli nie robić nic za darmo. Oglądam sobie jak wygląda organizacja takiego wydarzenia od środka. I oglądam… filmy dokumentalne, których zapewne nie będę mieć okazji ujrzeć nigdzie więcej.

Dokument?

A fu! Nuda, nuda, gadanie połączone ze starymi nagraniami i wywiadami. Tak, tak to się kojarzy. Acha… ale zobaczę, co nie, bo to tak głupio być na festiwalu filmowym i nie garnąć się do oglądania. Poza tym uświęcone już przeze mnie – „nie mam prawa oceniać jeśli czegoś nie widziałam i nie doświadczyłam.” Kropka. Zasady. Ok, no to go, na bogato na początek:

Film otwarcia

Jeszcze dzień życia. Opisy i recenzje pewnie tu, a i ponoć niedługo w kinach będzie.

Animacja. Fajnie – myślę sobie. Zapowiada się dobrze. Animowany film dokumentalny, choć trochę w teorii mi się to nie składa w całość. Co to w ogóle za twór? Kompletny jak się okazuje po seansie. Mhmmm, ale w zasadzie to ja się na filmach gówno znam, tymbardziej na takich. Ale, lubię pracować w Zamku z naszym koordynatorem wolontariuszy. Lubię gościa, poza tym to jest inna energia, inny sposób uczestnictwa w życiu. Coś co otwiera na nowe rzeczy, nowe wrażenia, coś czego wcześniej nie robiłam.

Film otwarcia więc… Kapuściński. Meh. Mea culpa – nie czytałam. Wstyd i hańba jako etnolog nie zajarać się wcześniej na tyle jego pisaniem aby znać ten tytuł i móc recytować fragmenty. Jest co nadrabiać.

Ale, nie, nie powiem wam o czy dokładnie był film. Poczytajcie sobie recenzje, najlepiej od razu książkę, zobaczcie jeśli będzie ku temu okazja. Tak żeby potem móc porównać słowo z obrazem. Lubię tak, pisałam o tym wcześniej przy okazji Tokarczuk, którą czytuję. Myślałam, że film będzie cały jak kreskówka, ale nie, nie… Montaż jak klasycznie w dokumencie. No fakt, powinno być to do przewidzenia, w końcu jesteśmy na festiwalu filmów dokumentalnych i jakoś ten film musiał się tu dostać. Sceny z komiksu doskonale uzupełniają się z resztą materiału. No ale książka, reportaż, hmmm… nadal lekko naciągane na ile to aby nie fikcja, zapis tego co się dzieje w głowie autora. Sceny przeplecione emocjami, wyciągnięte z tekstów przemyślenia. Aaa, ok, na studiach już mówili, że nie ma w życiu rzeczy obiektywnych. Po prostu nie ma. Każde dzieło, badania, zapis jest naznaczony czyjąś ręką.

Mnie wgniotło. Może dlatego, że dawno nie widziałam filmu o wojnie. Może dlatego że dawno w ogóle nic nie oglądałam. A może to temat trudny, drażliwy i emocjonalny. Cóż… off… dobra okazja żeby się otworzyć i chłonąć pod powiekami coraz więcej obrazów.

I potem już w ramach kolejnych pokazów dokumenty o rodzinie, o powrocie z wojny, o walce z samym sobą, o umieraniu. Ten ostatni też we mnie zapadł. A miałam okazję widzieć naprawdę róże rzeczy.

Zapadły we mnie też „Twarze, plaże”. Temat mi bliski a i też film zrobiony lekko. Nakręcony jakby to była jedna z tych prawie-romantycznych, francuskich komedii. A to nadal dokument. Taki psikus.

Były też filmy o muzyce

Co wieczór wyświetlane w Psie Andaluzyjskim. Takie jak „Miłość”. Tak na przykład.

Aaach… Pies, klub festiwalowy, mekka do której niemalże każdego dnia po pokazach zdążaliśmy zahipnotyzowani z ekipą biorącą udział w festiwalu. Zdarzało się że oprócz organizatorów był z nami członek jury, reżyser. Ostatniego dnia niemal wszyscy wolontariusze – żeby odpocząć, żeby ciśnienie zeszło. Chill w towarzystwie barowego psa. Ma na imię Andaluz – wkręca nam nasz koordynator. A nie, łaciaty pies ma na imię Darek. No ok, było blisko, bo faktycznie ogoniasty towarzysz wołany jest podobnie.

Powrót do domu środkiem nocy, na skraju piekielnego zmęczenia – chociaż zdrowie mamy jak pułk radzieckiego wojska. Standard. Przyzwyczajenie z poprzednich dni.

Zupełnie jak ledwie żywa po Silent Disco, gdzie do rana ogarniałam imprezę. Wiecie, te takie fajne słuchawki, wypożyczyć, odebrać, przetestować czy wszystko działa jak powinno. Zostałam jednonocnym „specjalistą ds. testowania słuchawek”.

A czego to ja jeszcze tam nie robiłam – klepanie tyłka na punkcie info, jeżdżenie na wycieczki służbowym autkiem po festiwalowych gości, ogarnianie rzeczywistości z kubkiem kawy. No ale, tak właściwie i całkiem serio – po chuj mi ten wolontariat?

A na taki chuj żebyś się tym dziwił i oburzał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *