Są takie filmy przygodowe w których to oprócz wartkiej akcji, dynamicznych pojedynków i bitew wszelakich jest przesłanie. Zdarzają się ponoć. Choć mało ostatnio oglądałam… cóż inne „zajęcia” były – to takie mam wyobrażenie o akcji w kinie. Napierdalanka znaczy się ma być i efekty specjalne. Cała masa efektów specjalnych. Może nawet jakiś happy-end. W kinie akcji, spoko. Filmy bez happy-endu raczej wybieram z innej kategorii. A i nawet wtedy, gdy wiem że historia wcale dobrze się nie skończy mruczę sobie w głowie „zmień zakończenie, proszę zmień zakończenie”. To znowu z Kubryńskiej cytat. Będą mi pewnie długo jej mądrości towarzyszyć. Ale ja nie o tym. O filmie przygodowym.
HONOR
No taki jak na złodzieja przystało. Złodziejski honor. A w zasadzie to „dugenaz drags” – jak to masę lat temu grzmiał jeden ksiądz z ambony i w internetach. Poprawnie rzecz biorąc, a raczej pisząc – Dungeons & Dragons. Złodziejski honor.
Na streamingu był, tym co mam abonament wykupiony. To trzeba oglądać, cały czas oglądać żeby się nie marnowały pieniądze, które za to co miesiąc płacę. Obejrzałam. Miazga, miodzio, rewelacja. Oczywiście jeżeli założymy że to ma być lekki i zabawny film akcji w konwencji fantasy i nie oczekujemy głębokich filozoficznych przemyśleń. Nie, to nie to kino.

Tutaj mamy akcję. Przeplataną opowieścią, która nadal jest wartka i płynie. Kupy się to wszystko trzyma. No bo różnie to bywa w takich filmach z niejednorodnością czasu i miejsca, jakby to górnolotnie napisać. No ale wiecie, chodzi mi o to, że rzecz nie dzieje się na osi czasowej począwszy od jakiegoś początku do jakiegoś tam końca. Są retrospekcje, są wyjaśnienia do fabuły. Są też nawiązania, przy których można się tylko uśmiechnąć jak ktoś w temacie fantastyki w filmach, serialach animowanych i grach. Ach, jak to pięknie wiedzieć z czego konkretne rzeczy w filmie się wzięły i gdzie w nawiązaniach film składa temu hołd.
JEST FABUŁA
Być musi. Musi się dziać i wzrok przykuwać. Cały film zrealizowany jest mistrzowsko. Naprawdę nie mam do czego przypierdolić.
Sam początek i pierwsze sceny jakże radośnie przywodzą mi na myśl „Pitch Black. Kroniki Riddicka”. No co – też fantastyka, tylko taka trochę space opera. Tutaj mamy fantasy pełną gębą. Takie klasyczne w znanym z innych dzieł fantasy świecie i podobnej konwencji w kwestii kreacji bohaterów.
Jest grupka tych dobrych, którzy będą ratować świat, i ten zły. Jest też humor, na każdym kroku humor i jajo. Jaja właściwie w liczbie mnogiej, bo trudno bohaterowi ich odmówić. Trudno też odmówić mu honoru i wyższych uczuć, mimo że złodziejaszek. Kiedy więc całe życie sprzysięga się przeciwko niemu on nadal trzyma się swoich zasad. Wraz ze swoją kompanią. Zasad u podstawy których leży lojalność, wierność sobie i miłość. Bo to w zasadzie też jest film o miłości. I o szczęściu. A w zasadzie tym, czym owo szczęście jest. Jak już chcemy sobie pofilozofować.
JEST I SMOCZEK
No jak przystało na „Lochy i smoki”. Chyba pod taką nazwą była ta wczesna kreskówka, którą oglądałam jako dzieciak w telewizji. Mamy więc lochy. Nie wcale nie te w których więzieni są nasi bohaterowie. Oni siedzą w wieży, na arenie, no generalnie w dupie cały czas są. Ale nie ma takiej dupy z której nie byłoby wyjścia przez kręty labirynt. Gdzieś tam w ich wędrówce do celu pojawiają się więc i też lochy. I smoki.

A w zasadzie jeden smoczek. Nieco rozespany po setkach lat pilnowania swoich skarbów. No i nieco mu się przytyło. Mówiłam że gruba fantastyka do pośmiania się. Z happy-endem. Bo nawet te wieże, rozległe równiny, skute lodem przestrzenie, lochy, żadne smoki i labirynty nie zdołały przeszkodzić bohaterom w dotarciu do celu. Do miłości i tego czym ona jest.