Kobieta doskonała to taka która spełnia wszystkie wymagania. Nie, nie swoje. Innych. Wszystkich dookoła. I mamy, i taty, koleżanek, kolegów, ciotek, których to nigdy na oczy nie widziała. A także rozlicznych koleżanek i znajomych rodziców, znajomych swoich koleżanek. Wszystkich dosłownie – tylko nie swoich.
Kobieta doskonała jest piękna – jak modelka z Instagrama, jest seksbombą, jest wysportowana – niczym trenerka z siłowni i instruktorka bycia fit.
Chcesz być fit? Tego nie jedz, tamtego też nie, nie jedz za późno, nie obżeraj się tyle na śniadanie, bo kogo to obchodzi, że czeka cię długi dzień poza domem a jest grudzień i jest ci zimno. Jak ma nie być skoro nie wolno ci jeść tego czy tamtego.
Kobieta doskonała jest zawsze uśmiechnięta, radosna, zawsze się musi cieszyć. Nawet kiedy płacze, nie to ona wtedy nie płacze – to łzy szczęścia, tylko jakieś takie dziwnie słone.
Kobieta doskonała ma cieszyć innych i cieszyć oko. W żadnym wypadku nie może pokazać się publicznie, ba nawet pokazać się domu w rozciągniętym dresie. Ona ma spełniać oczekiwania.
Sporo uwagi poświęca się wyglądowi dziewczynek. Niewielu się trzęsie nad kwestią, czy chłopiec jest wystarczająco śliczny. Samo bycie chłopcem jest już taką satysfakcją, że temat jego wyglądu można właściwie tylko piać. Z dziewczynką jest inaczej, od dziewczynki WYMAGA się, żeby była śliczna. Dobrze, żeby miała genetycznie piękne rysy, włosy i oczy. Włoski zaplątane w fikuśne warkocze mają cieszyć otoczenie. Mają być źródłem radości rodziców, ciotek, babek i sąsiadek.
Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, str. 20
Nikt ze mną swoich oczekiwań nie konsultował. Nikt też nie skonsultował ze mną „swoich” oczekiwań narzuconych przez oczekiwania innych. I nie pamiętam, chociaż na próżno ryję sobie po zapisie na moim twardym dysku, czy ktoś mnie kiedykolwiek zapytał „Czego byś chciała, Joanno?”.
Bo my byśmy chcieli. W zasadzie to nie wiemy sami czego byśmy chcieli, no ale wcale, a wcale nie przeszkadza nam to, żeby chcieć i wymagać od ciebie. Chcielibyśmy żebyś była normalna, nie robiła dramy, siedziała cicho – bo ryby i dzieci głosu nie mają – nie mówiła o emocjach, żebyś nie płakała, śmiać się też nie wolno, nie wypada. Wypada za to mieć świadectwo z czerwonym paskiem, no i męża i dzieci. Tak, mąż i dzieci to dopiero jest wyznacznik każdej kobiety. Taka co nie ma to zwykła, stara ciota, której nikt nie chciał. Starość, pamiętajcie zaczyna się w wieku dwudziestutrzech lat, w nominalnym czasie kiedy człowiek studia kończy. Wówczas zostaje się starą ciotą.

Czytam sobie, co nie. Zawsze dużo czytałam i od zawsze umiałam czytać. Moje książki z licytacji na rzecz chorych kotków zajęły już resztki miejsca na regale, piętrzą się na stoliku kawowym i pod stolikiem kawowym, i jeszcze na kolejnym. Kupka wstydu rośnie, chociaż jakoś mnie nie zawstydzają te ilości. Z czasem, powoli, wedle ochoty, bez przymusu, że muszę natychmiast przeczytać je wszystkie. Książki poczekają na mnie, cierpliwe są, w przeciwieństwie do mnie. Ja zawsze narwana, kąpana w gorącej wodzie. Są takie książki, które czyta się powoli i są takie na raz, na już jak „Kobieta dość doskonała” Sylwii Kubryńskiej. No i tak sobie czytam.
CZYTAM SOBIE I MNIE TRAFIA
Strona za stroną. Na raz, na jeden wieczór, no może na dwa, bo wieczory wbrew temu, że jest zima krótkie jakieś takie są. Bo tu trzeba nakarmić kotki, na trening iść. I obiad zjeść koniecznie, od razu, bo zaraz przed treningiem to niedobrze, będzie wszystko w środku jeździć, po treningu też nie bardzo bo zbyt osłabiona będę. Praca kończy się planowo, o szesnastej. A nie kończy się wcale, bo tu jeszcze służbowy telefon piszczy powiadomieniami, że coś jeszcze do zrobienia, trzeba będzie pamiętać o temacie od rana. Nie będziesz mieć tu czasu na swoje załamania nerwowe – ostrzegał menadżer.
Wieczory są krótkie, zwłaszcza gdy rozproszona nie mogę zorganizować swojego czasu. Trafia mnie. Szlag mnie trafia co to tutaj się z moim życiem stało. Schowało się za firanką. Za tą samą firanką, za którą miałam chować rzeczy, jakich ode mnie oczekiwano. A to zabawne. Mamy oczekiwania, wszyscy mamy oczekiwania ale lepiej te swoje dążenia do ich spełniania schowaj za firanką.Nie pokazuj dopóki nas nie zadowolisz. Cała chowam się za firanką. Cała chowam się za maską. I czytam sobie i mnie trafia. Gdyby mnie trafiło kilka lat temu, albo kilkanaście – a nie, to nie byłoby możliwe, książka jeszcze wtedy nie została napisana – i tak bym nic z tym nie zrobiła i nie wyciągnęła wniosków. Nigdy wtedy nie wyciągałam wniosków.
To się zaczęło już kiedy byłam dziewczynką. To się będzie ciągnąć przez kolejne lata będzie się wypalać do końca życia. Maska. Maska, nieodłączna część mnie, moja zbroja.
Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, str. 80
Znasz to? Ktoś cię obraża i się z ciebie śmieje, a ty kompletnie nie wiesz, co z tym zrobić, więc śmiejesz się razem z nim i wmawiasz sobie, że w ogóle to ciebie nie rani? Ale jednak trochę rani, jednak coś uwiera, więc jeszcze próbujesz powiedzieć, że ci przykro.
Przykro mi.
(…)
I to wcale nie znaczy, że sobie pójdziesz w swoją stronę ze swoim „przykro”, że więcej tak nie będzie. Ależ będzie! Będzie po tysiąckroć. Bo przecież pozwalasz na to, bo właśnie tak jest fajnie, śmiesznie, dowcipnie. Bo nie umiesz nie pozwalać. Nie nauczyłaś się. Nauczyłaś się za to, ha, ha, ha, śmiać. Więc znosisz ze śmiechem tę przykrość, twierdząc, że w ogóle jej nie doświadczasz. Bo przecież jesteś ponad. Ponad swoje uczucia, ponad rozpadlinę w duszy, ponad to, że świat ci się rozjeżdża, obsuwa, że tracisz pewność siebie, gaśnie ci ten płomyczek, który i tak ledwo się tlił.
Ale nikt tego nie widzi, bo ekspresowo wyciągasz swoją maskę pajaca i trach, już jesteś bezpieczna. Już nie jesteś przeźroczystą, rozmazaną szarą myszką. Już odbijasz się w lustrze. I to jak się odbijasz! Aż po oczach daje ten uniform w jaskrawe groszki! Aż oślepia ten blask cekinów! Jesteś połyskującą zabawką, koniem na biegunach, karuzelą w wesołym miasteczku, jesteś całym wesołym miasteczkiem! Śmiech to twoja zbroja, ucieczka od łez, o których pamięć boleśnie uwiera, o których nie możesz zapomnieć. Sklejasz wszystkie złe humory i czarujesz tęczę. Rozglądasz się wokół, kogo by tu uszczęśliwić, kogo tu oczarować. Nikt nie może przejść obok ciebie obojętny. Wszyscy cię uwielbiają.
Tylko, że tam pod spodem wcale ciebie nie ma.
Ogrom rzeczy zaczął się właśnie wtedy – bo od dziewczynki się wymaga. Żeby była chłopcem i miała jaja. W żadnym wypadku nie wolno nosić jaj dziewczynce – mimo że jaja są na wagę złota. A skoro już jest dziewczynką to, żeby spełniała oczekiwania. Wszystkich dookoła. I wtedy się to zaczyna. Dlaczego ze szkoły przyniosłaś cztery plus? A co dostały inne dzieci? Masz jakieś marzenia? A to, dobre o czym więcej może marzyć dziewczynka jak tylko o serwisie do kawy w kolorze rzadkiego gówna, który dostanie jak dorośnie (i obrośnie). Serwis już czeka w kredensie na przyszłość, będzie w czym podejmować gości, dorosłe ciotki i koleżanki rodziców. To są prawdziwe marzenia dziewczynki. Nie jakieś tam lalki zabawki, śmiechy-chichy. Dziewczynka ma być ułożona i poważna, mimo że jeszcze jest dzieckiem. Nie, dziewczynka nie jest dzieckiem, ona już rodzi się „dorosła”. Takie są oczekiwania, że będzie dorosła, że zawsze będzie ponad to, że będzie wyniosła, jak posąg. I bez emocji, bo na co komu emocje i rozhisteryzowany bachor. O czym marzą dziewczynki? A o czym marzą elektryczne owce kiedy śpią? Czy śnią wtedy o androidach?
Moja mała dziewczynka marzyła żeby zostać informatykiem. A już w ogóle najlepiej to androidem. Takim z emocjami. Z wgraną i na bieżąco aktualizowaną pełną biblioteką emocji i manualem do jej używania.
Na pozór składasz się z prostych elementów, ale wszystkie są zbyt. Zbyt duże oczekiwania. Zbyt wybujała wyobraźnia. Zbyt szczere uczucia, których jest zbyt dużo. Zbyt gwałtowne reakcje, które tak chętnie są postrzegane przez pryzmat twojej gospodarki hormonalnej, która jest oczywiście ZBYT.
Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, str. 286
Jesteś kłębowiskiem emocji, uczuciowym węzłem gordyjskim. Powiedz, czy czasem, żeby go bardziej nie plątać, nie masz ochoty po prostu się wyrzucić? Schować się w dłoni, zgnieść jak zabazgraną kartkę, wysłać się gdzieś daleko, mieć już tą plątaninę z głowy? Ale nie umiesz tego zrobić. Chociaż składasz się z prostych elementów, nie możesz ich pozbierać.