Nie, nie złotego piasku na zagranicznej pustyni, chociaż wojaże były zamiejscowe. Taki wyjazd. Urlop. Ten letni, ten który przypada kiedy jest ciepło, bo jeszcze mgliście z czasów szkolno-studenckich pamiętam że było też coś takiego jak ferie zimowe. Nope, teraz poważne życie, praca, 26 dni urlopu – aż, bo też bywało o te sześć mniej.
Ale nie w tym roku skutecznie wybiłam sobie z głowy wszelkie wojaże. Pracowałam nad tym dzielnie aż od lutego. Naprawdę to było bardzo zaplanowane działanie. Krok po kroku. Używając rozlicznych argumentów racjonalnych, mniej racjonalnych, bardzo dobitnie racjonalnych i zupełnie irracjonalnych. Na szczęście lub z przykrością przekonałam samą siebie, że w tym roku, nie, żadne wywczasy nie są mi potrzebne. Kocham swoja pracę, mogę tu nawet zamieszkać, bla bla bla… (mówiłam, że zupełnie irracjonalne powody też sobie wyszukałam). Tego lata to ja się ciut aktywnie poopierniczam we własnym mieście. Tyyyle rzeczy jest tu do zobaczenia i zrobienia na które zwykle czasu brak. Intensywnie, no bo tego… urlopy z wpisanym w standard leżeniem plackiem przy hotelowym basenie troszkę mnie nudzą. Tak ciut, ciut. Zwłaszcza po tym jak to było rok temu. Dokładnie rok (przypomniała mi o tym galeria zdjęć w telefonie randomowo pokazując obrazki z tą datą).
Mówią, że jak bardzo czegoś chcesz to te swoje chcenie spełnisz. Tak mówią. Wszędzie w internetach. True. Wśród wielu niewiadomych, obaw i początkowych problemów wiedziałam, że dam rade i wszystko będzie ok.
Tyłek swędział…
… w górki. Mocno, oj mocno. Tak bardzo, bardzo że z łezką w oku i rozmarzeniem podróżowałam we własnej głowie i „palcem po mapie”. Wręcz dosłownie. Godzinami w pracy gapiłam się na Google Maps, oglądałam trasę między miasteczkami, przeliczałam ilość kilometrów i przemierzałam we wszystkie strony zdjęcia ze Street View. Krzesło w robocie paliło w poślady jak nic, jak ognie piekielne, żeby tylko przesiąść się na bardzo wąskie, twarde i ponoć niewygodne siodełko. Zresztą w zeszłym roku plany były tak wcześnie i tak szeroko zakrojone, że już część potrzebnych rzeczy dawno miałam skompletowane. No cóż, także nic nie pozostało tylko jechać.
Yhm, jechać, koniecznie. Tylko jak?
Po mieście poruszam się pieszo, nie mam samochodu, tutaj nie potrzebuję. Okrutne internety jednak mówią mi niestety, że bez autka się nie da. Ale ze mnie jest wyjątkowo mocny i uparty zwierz. Wyjątkowo uparty. I odporny na wszystkie potencjalne trudności. Pierwszą z nich był kot. Koteczka właściwie, o wdzięcznym imieniu Miętowa. Skoro kilka dni ma mnie nie być, no cóż… Miętówka sama sobie lodówki nie otworzy. I dlatego też mieszkam z innymi ludźmi. <3 Temat kota ogarnięty. Kolejne: a gdzie ja tam spać będę? Nie potrzebne mi co prawda 5-cio gwiazdkowe hotele połączone ze spa ale przydałoby się gdzieś w miarę komfortowo wyspać. Okoliczne hotele, apartamenty i domy gościnne. Pfff… zapomnij dziewczyno. Porezerwowane na kilka miesięcy wcześniej, a i tez jak na samotny wyjazd bookowanie 4-osobowego pokoju będąc w pojedynkę znacznie przebija budżet, jak głową przez sufit. Z pomocą przyszła mi Anka. Kumpela, która to ze swoją druga połówką podróżuje na rowerach i śpi wówczas w krzakach. Dzięki jej przygodom i opowieściom wiedziałam że się da, tak normalnie po ludzku się da. Zresztą, ja z pokolenia wakacji na obozach harcerskich i weekendowych biwaków, powinno być dla mnie oczywiste. Pożyczyła mi lekki, całkiem kompaktowy w pakowaniu namiocik. Et voila. Nocleg ogarnięty. Jeszcze tylko poupychanie rzeczy w sakwy, stosowne bilety na przejazd – dla mnie i roweru, gdyż „rocky niebieskooki” też miał swój osobny bilecik – i „Ahoj przygodo!”
Kierunek: Černá Voda
Dojechać tam, jak wspomniałam podobno sie nie da, nijak prawie. Tylko autko i to odpowiednie żeby jeszcze rower spakować (chyba że kto woli pożyczyć na miejscu). Ale, ale… ze stacji Poznań Główny w tamtym kierunkujedzie całkiem wygodny IC, z takim specjalnym wagonem na bydło… znaczy się, ekhem dla rowerzystów (chamski joke, na fali internetowej nienawiści w stosunku do „rowerkowiczek”). Yay. Dalej po przesiadce we „Wro” można lokalną koleją dotrzeć jeszcze bliżej założonego miejsca. Tyle że tu zaczynają się schody. W góre i w dół. Ale raczej pod górę, skoro w górki jadę.
Koniec. Koniec torów. Znaczy się tory są, tyle że nie prowadzą w pożądanym kierunku. Jest przepaść. Na jakieś 30parę kilometrów. Trzy dyszki? Cóż to dla wprawnego rowerzysty, tyle to ja na codzień na rozgrzewk jeżdżę. Tyle że nie po górach (bo teren już w okolicach ostatniej dostępnej stacji całkiem zdrowo falował) i nie z takim obciążeniem, ino w wersji light, często nawet bez plecaka z zestawem naprawczym. No ale… You go girl, You go D!rt 😉
„Se babo wymysliłaś”
Taka była moja pierwsza myśl, kiedy tak dobitnie uświadomiłam sobie co właśnie wyczyniam. A uświadomiłam to sobie siedząc na dupie przed dworcem w Kamieńcu, jakieś dwie setki kilometrów od domu paląc papieroska.

Sportowiec… phi. I panikara. Ludzie na biegun północny jeżdżą i tak się nie emocjonują (chyba?), a ja jestem lekko przerażona mimo, że jeszcze nie granicy nie przekroczyłam. Syndrom ubezwłasnowolnienia i prób trzymania pod kloszem, a właściwiej to w złotej klatce. Kiedyś mi przejdzie, chociaż to jaranie się światem i napływ emocji to naprawdę fajna sprawa. Ok, chwila prawdy i odwagi, bo co innego pozostało: zapakować się z powrotem w pociąg do Poznania albo uparcie zrobić to co sobie założyłam. Raz, dwa, trzy, tyłek na siodełko, bloki wpięte w pedały i Google Maps prowadzi mnie. A endomondo liczy kilometry. Tak chyba jest dużo prościej na dość monotonnej, wyłożonej betonowymi płytami drodze z Kamieńca do Paczkowa. Potem będzie fajniej, mówię wam. Przynajmniej wiem ile kilometrów po betonie jeszcze muszę zmęczyć. Monotonnie, równym tempem. W połowie drogi coraz bardziej błyska mi nadzieja, że to faktycznie da radę. Pomijając to, iż nie jeżdżę na rowerze do takich wypraw po płaskim, na przypięty do sztycy bagażnik i sakwy w sprzęcie z pełną amortyzacją próbuję spuścić zasłonę milczenia. Tak się nie robi. Psik, psik, niedobry tygrysek.
Pod górę. Są momenty kiedy zaciskałam zęby i przeklinałam samą siebie za ten durny pomysł, wynagradzają mi to wszystko coraz to fajniejsze, roztaczające się przede mną widoki. A wiem doskonale, że będzie coraz piękniej. Po drodze się gubię. Kilkaset dosłownie metrów przed stacją „przesiadkową”, już po czeskiej stronie. „Dobré odpoledne. Kde je vlakové nádraží?” Tyle i aż tyle na razie umiem powiedzieć. Wystarczy. Jest dobrze. Na stacji w Javorniku potrafię nawet randomowej osoby zapytać czy bilet kupię w pociągu, po czym u konduktorki tego zakupu dokonać. Jest dobrze. České dráhy wiozą mnie dalej. Chociaż wiem, że jeszcze ostatni kawałek będę musiała przebyć o własnych siłach, ale jest coraz bliżej. Wiem, że za kilkadziesiąt minut będę w Žulovej. Uroczej miejscowości, o równie uroczej nazwie. Stamtąd tylko kilka kilometrów na kemping. Bosko, tak się czuję po dotarciu na miejsce, a właściwie to już na ostatnich kilometrach poszerza mi się uśmiech. I chłonę, chłonę w siebie obrazki, mijane chatki, gładkość asfaltu pod kołami, serpentynkę drogi na której jestem. Zmęczenie i cały ten wysiłek ze mnie schodzi na widok stodoły w której znajduje się infocentrum, sklep, warsztat, jadłodajnia i pub. Tak! Po całym dniu bujania się pociągami i deptania na pedały potrzeba mi zimnego, czeskiego piwa. Ale najpierw zapobiegawczo przygotowałam sobie nocleg, potem nie byłabym już w stanie. Apartament miałam dzięki kumpeli naprawdę pierwsza klasa.

Statečná dívka
Wyjazd w góry samemu jest grubo niepoważny, niezbyt też bezpieczny. Nic to, doskonale wiedziałam, że tam nie zostanę sama sobie. Wieczór spędziłam na kempingu, na ławkach przed pubem zaprzyjaźniając się z czeskimi rowerzystami. Umawiamy się na następny dzień rano, na wspólną trasę w góry. Pojedziemy razem, bo mimo że „odvazna jste holka” nie powinno się po szlakach jeździć w pojedynkę. Rano mam kaca, nic dziwnego w sumie, mimo to dzielnie melduję się w info, opłacam kemping i kupuję wlotkę do bike parku. Niby nie muszę, znaczy tej wlotki, nikt w lesie tego nie kontroluje. Tyle, że nie opłacenie wstępu to szczyt cebulactwa. Spora ekipa dba o trasy, żeby można było po zimowej przerwie, po ulewach nadal bezpiecznie na nich latać. Serio ich praca nie jest warta tych kilkudziesięciu koron?
Zbieramy się w górki. Będziemy się wdrapywać, z rowerami off course na (prawie) sam szczyt, na Sokolí vrch.

Bo tam zaczyna się:
Superflow! Jak mówi tablica nad bramą do raju „Superflow RS”. Którym będziemy płynąć po zboczach Sokolego, Černej hory, aż po Bukový vrch. Na blogach rowerowych jest w cholerę opisów, zdjęć i filmów z tej miejscówki – moja strona do takiego nawet nie próbuje aspirować, odsyłam więc na koniec tu i ówdzie. Ja zresztą byłam tak pochłonięta jazdą (powiedzmy sobie szczerze: posrana ze strachu), zjeżdżaniem w dół krętą ścieżką między drzewami, kamieniami, przepaściami że nie myślałam nawet o zatrzymywaniu się po drodze żeby zrobić jakieś tam głupie foty. Whatever, może kiedyś się w tym temacie poprawię. Póki co dane mi było prawie się zabić na jednej z sekcji, tej gdzie pełno ostrych zakrętów, band i dropów (na trzeciej bodajże). Przejechałam się dziarsko kaskiem, łokciami i na kolanach po kamyczkach i piachu. Wyrwało mi się siarczyste „kurwa mać”, usiadłam, zdjęłam kask, otrzepałam się, popryskałam Octeniseptem rozliczne i głębokie zadrapania, posadziłam dups na siodełko i jazda dalej. Czesi byli pod wrażeniem, mówię wam, najbardziej faktu posiadania w plecaku mini apteczki. Nie dość że narwana, odważna to jeszcze całkiem odpowiedzialna. Dziwne połączenie cech charakteru. Zostałam więc uznana za „hard mountain biker”, a nie jakaś tam dziołchę na rowerze. Tak samo kiedy latając po bandach balansowałam delikatnie na pedałach, płynąc po ścieżce, po prostu płynąc. No i głupia dupo – w górach nie jeździmy na zatrzaskach! Chłonęłam całą sobą kojący zapach iglastych drzew, wilgoć powietrza wzdłuż górskich strumieni ze śmiercią w oczach i sercem w przełyku przemykając po wąskiej ścieżce wśród wodospadów, po kładkach nad strumieniami z ociosanych pni. Tu też można było się posrać ze strachu. Nie lubię kładek. Zawsze się na nich boję że za wąsko i zaraz spadnę. Tych pozbijanych z desek też nie darzę specjalną miłością. Przy końcu trasy zostaje bardzo chillujący zjazd, prowadzący prawie na sam kemping. Pora lunchu, więc obiad w stodole, a później żeby uspokoić emocje, dać odpocząć mięśniom i pozwolić w końcu zejść tej wściekłej adrenalinie kąpiel w zalanym kamieniołomie. Całkiem nieopodal. Raj. Normalnie raj na ziemi.

Kolejnego dnia czekał mnie powrót. Powolny, ze spokojem. Zwiedzałam od rana okoliczną wioskę, nawet na urbansketching (góro-sketching) się chwila znalazła, bo miałam ze sobą spakowane w sakwach farby i szkicownik. W końcu spakowałam swoje rzeczy z kempingu, znowu popełniając tą profanację (sic! do takiego roweru bagażnik przypinać, kto to widział). Z bólem serca i popalonych mięśni pozbierałam się w powrotną. Niby wraca się do domu łatwiej, szybciej jakoś, i tak jak 30parę kilometrów na rowerze żeby po polskiej stronie złapać pociąg w kierunku Poznania było dość przyjemne, tak wracając utknęłam w zepsutym składzie w Lesznie. Totalnie serio, gdyby nie to że po tym szaleństwie z jazdą w góry byłam skatowana i miałam podpięte kilka kilogramów sprzętu rozważałam jazdę do Poznania o własnych siłach. Dowlekłam się z dworca w środku nocy. Odkarmiony, rozleniwiony kot ziewnął na mnie z wyrzutem: „I co mnie budzisz tym światłem po oczach matka, weź się wymyj bo nieźle śmierdzisz po tym urlopie w górach”. Chociaż w głębi siebie myślę, że kolejny raz będzie chciała zabrać się ze mną.

Że niby się nie da? Taaaak, w górki bez autka też się niby nie da. Zresztą polecam popatrzeć na tego ziomka – bezdomnego kotka w Bośni znalazł na swojej wyprawie rowerowej dookoła świata. Teraz sobie jadą razem.
https://www.instagram.com/1bike1world/

w życiu to chyba jest tak, że jak czegoś w cholerę mocno chcesz, to cały wszechświat ci w tym pomaga puszczając do ciebie oko
na koniec:
- na miejsce z Poznania dotarłam z pomocą PKP i České dráhy w ciut powyżej 8 godzin, biorąc pod uwagę oczekiwanie na przesiadki, autkiem potrzeba coś ponad 4. Nie tak źle czasowo, nie tak źle.
- jak komuś potrzeba jeszcze więcej opisów miejscówki zachęcam zajrzeć tu i tu:
https://www.1enduro.pl/miejsca-rychlebskie-sciezki/
https://mambaonbike.pl/rychlebskie-eksploracje/
https://bobiko.blog/2014/07/sposob-majowke-gory-zlote-kotlina-klodzka/
https://blog.elementstore.cz/rychlebske-stezky-A/ - tyłek swędzi żeby zobaczyć jeszcze co jest na równie bliskich od granicy Trutnov Trails – tam ponoć też są miejsca w których można posrać się ze strachu (https://www.1enduro.pl/miejsca-trutnov-trails/), ale…
- ale potrzebuję nowy kask, ochraniacze na piszczele, może i na łokcie też, namiocik, jakieś lżejsze, lepsze sakwy, and so on… zakupy sprzętu pójdą w tysiące, może więc znowu to sobie póki co wybiję z głowy.
- mam lęk wysokości, boję się jak patrzę w dół a tam długo długo nic, nawet na balkonie na 4 piętrze kamienicy; hahaha, jak to się dzieje, że po górkach jeżdżę, co tu się odzajączkowało 😉