Sieranevada

Są takie filmy których nie powinno się oglądać inaczej niż po sporej dawce alkoholu, są i te których właściwie mogłoby nie być wcale. A i też takie które można zobaczyć tylko w pełni trzeźwym i z otwartą głową. Bez wcześniejszego zaśmiecania sobie odbioru. Na świeżo.

Nie czytam recenzji przed pójściem do kina. Nie chcę sobie psuć. Pobieżnie przeglądam opis filmu i podstawowe informacje. To pozwala mi na bardziej czyste podejście i „obiektywny” odbiór – o ile cokolwiek w świecie nosi znamiona obiektywności. Chyba tylko centymetry na miarce. I kilogramy.

Mogło być hardkorowo

I tak się spodziewałam po filmie z „nowej fali rumuńskiego kina”. Jak trzy tony ołowiu. Tym bardziej, że w drodze na seans uświadomiłam sobie, iż spędzę tam najbliższe trzy godziny. 173 minuty. Ciężko. Jakkolwiek po opisie miałam wizję naprawdę ciężkich do przetrawienia scen, ciosów w cały mój światopogląd i sporych emocji z mojej strony. Scenariusz…

Życie rodzinne.

Praktycznie większość dramatów czy w ogóle dorobku kinematografii oscyluje wokół tematu relacji międzyludzkich. Chyba nic w tym dziwnego i też nic szczególnie odkrywczego nie powiem w tym, że w takich filmach gdzieś tam możemy znaleźć odbicie siebie i swoich bliskich, odnieść scenariusze do własnych doświadczeń. I szczerze mówiąc spodziewałam się, że dostanę kilogramową cegłą w głowę po obejrzeniu rumuńskiej produkcji. Czy się zawiodłam? Hmmm… Niczego konkretnego nie obiecując sobie po filmie przed seansem, nie tworząc już w głowie wyimaginowanej opinii o tym jakie to „będzie” trudno mówić o jakimkolwiek zawodzie

Dostałam pewien obraz.

Takie było moje pierwsze wrażenie. Obraz relacji między dorosłymi już członkami pewnej rodziny. Relacji do których nie odnoszę się wcale, a wcale, bo po prostu ich nie znam. Jakoś nie wywołują u mnie emocji. To już chyba bardziej uderzył mnie film „Moje córki krowy” grany w ramach „Letniego Kina w Starym Browarze”. Tam gdzieś faktycznie przez pryzmat bohaterów mogłam spojrzeć na siebie z boku. I też moment w życiu w którym go oglądałam był dość specyficzny i jakoś tak dziwnie się zgrał.

Rodzinne nasiadówy i inne atrakcje… Nie to zdecydowanie nie mój temat. Zawsze starałam się – i całkiem nieźle mi się to udawało – unikać tego typu imprez. Już od liceum omijałam rodzinne niedzielne obiadki i wizyty na podwieczorek. Mogłam – na moje szczęście – bo stale miałam coś do zrobienia, co mi z tym „kolidowało”. A to próby z grupą teatralną, weekendowe zajęcia z rysunku, wykłady czy studia na „wydziale histerycznym”. Z wizyty księdza po kolędzie też udawało mi się skutecznie wymiksować jakimś wieczornym fakultetem na studiach. O ile dobrze pamiętam chyba była to „Terminologia pokrewieństwa”. (Aż dziw, że mnie to akurat interesowało, skoro wymuszone relacje rodzinne wcale, a wcale). W każdym razie omijałam te atrakcje szerokim łukiem.

Trzy godziny

Obserwowania za sprawą filmu rodzinnych dramatów i sytuacji. Na czysto. Prawie że zupełnie, skoro sporych doświadczeń w tej materii nie mam. No ok… Film nagrany jak przez kamerkę w telefonie z przedpokoju mieszkania w którym toczyła się akcja – taka estetyka i montaż. Ciasne, klaustrofobiczne ujęcia, które mogłyby być w zasadzie wszędzie. Dosłownie. To właśnie miała symbolizować literówka, błąd w tytule filmu. Założenie zapewne było takie aby każdy mógł odnieść to, co się dzieje na ekranie do swojej sytuacji. I pewnie prawie się udało. Są takie uniwersalne rzeczy które mogą dotyczyć każdego z nas. Jak przymusowe spotkania rodzinne. Stypa. Yhmmm… pierwsze skojarzenie dość smutne, bo wiadomo śmierć w rodzinie to nie jest nic do śmiechu.

A co, gdyby tą z założenia podniosłą i poważną uroczystość tak zwyczajnie po ludzku rozwalić i popsuć. Da się. Zdecydowanie. Co oczywiście można zobaczyć w „Sieranevada”. I każdy z bohaterów filmu robi to na swój naturalny sposób.

A więc…

Są więc takie filmy, które trzeba oglądać na trzeźwo albo wręcz przeciwnie. I te, których nie powinno się i nie musi się widzieć wcale. I cały czas nie wiem gdzie ten akurat film zaszufladkować. A może po prostu trzeba mi czasu żeby go przetrawić i do końca odebrać. Subiektywnie i nie na czysto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *