Farbami paćkam się w zasadzie od dzieciństwa. Niby oczywiste. Wiadomo, każdy dzieciak smarował kiedyś plakatówkami po bloku rysunkowym jakieś tam drzewka, słoneczka, mamę i tatę i kotka. Potem jakoś dziwnie przestają. Dziwne, co nie? Może się wstydzą. Albo przychodzi ten wiek szkolny kiedy samo robienie czegokolwiek nie wystarcza i…
muszą być rezultaty
Wstyd wtedy przed samym sobą że mimo wkładanego w coś wysiłku, tych rezultatów po prostu nie ma. Z tym miałam ciężki problem. Wyniki, porównywania, zawalone w trzy dupy egzaminy na studia. Raz, drugi, trzeci. Po czwartym odpuściłam, to znaczy nie – ja to sobie odpuściłam sporo wcześniej. Paradoksalnie jak pamiętam kiedy przestałam się spinać, że coś muszę nagle zaczęłam malować. Po prostu. I to rzeczy które do tej pory jakoś tak opornie mi szły. Wspominałam we wcześniejszym wpisie – od niedawna architekturę, wtedy próbowałam jakoś ugryźć portrety. Zawsze byłam upaćkana farbami. Zawsze. I to różnego typu, poczynając od akrylu kończąc na farbach do ceramiki i szkła. (nawet teraz kiedy piszę na palcach mam resztki farb do tkanin 😉 )
Jest w tym całym „twórczym szale”, kiedy nie liczy się jedzenie, sen i życie w ogóle – a ostatnio jestem na takiej właśnie „diecie na znikanie” – jeden sposób żeby się nie pobrudzić. No dobra. Dwa. Po pierwsze nic nie robić. No ale wtedy chyba bym wybuchła, gdyby ta cała energia nie miała którędy ujść. Drugi: tablecik. Nie tabletki czy tableta – jak często słyszę w pracy, że „ja mam tableta”… fajnie. Też mam tablet (poprawna odmiana, no sorry), ale nie taki. Stary prawie dziesięcioletni. Znajomy darł łacha, bo legendy słyszał o tym, że kiedyś tak wyglądały. Haha. Działa? Działa. Piórko reaguje. To po co mam się przejmować legendami. Tylko sterowniki pod Win10 nie za bardzo i trochę mi rozdzielczości ekranu nie widzi. Nic to, działa. To najważniejsze.
Walczę z nim od dawna i aż wstyd, przyznam, że do tej pory z tak marnymi wynikami. Powinnam już śmigać. A nie śmigam. Uczę się, ćwiczę, korzystam z dobrych rad na forum i od znajomych. I jak się posłucha lepszych od siebie, bez zadęcia, bez spiny że coś muszę to działa. Voila!
Trzy godziny, romantyczny wieczór z tabletem i kotem na kolanach. (a wcześniej męczyłam takie rzeczy tygodniami… meh…)