Kiedy reaktywowałam bloga nie dopuszczałam do siebie myśli o pójściu na łatwiznę. No bo jak to tak? Albo się bawimy w komentowanie rzeczywistości, na świeżo, przez soczewki różnych przeżyć i doświadczeń albo odcinamy kupony od czegoś co się kiedyś udało zrobić. Także sceptycznie raczej podchodziłam do myśli, że nagle w ramach wpisów miałabym zacząć wrzucać stare zdjęcia. Fakt z nowymi opisami albo i bez nich zupełnie. Nie mniej nie planowałam skrupulatnie lecieć na czymś co zrobiłam już kiedyś.
Życie jest sztuką kompromisów – mawiają. I może to prawda, chociaż staram się w niektórych kwestiach na takowe nie chodzić. No ale, to nie temat na wpis o ciuszkach. Tu przydałaby się pogadanka cięższego kalibru. Nie dziś.
Kiedy reaktywowałam bloga… ba, nawet chwile wcześniej Antica w komentarzu tu i ówdzie na społecznościowej stronie wspomniała o tym jaką blogową mnie poznała i jak chciałaby kiedyś znowu takie zdjęcia zobaczyć. (will see) Ale… obiecałam sobie raczej unikać starych śmieci. Nawet na takowe nie próbuję wracać. Kiedy patrzę na część zdjęć… Jaką cześć? Kiedy przeglądam stare fotki z dysku do większości zdjęć mam ochotę się przyczepić. Bo kadry, bo światło, bo poza, bo technicznie nie tak… and so on. Obiecałam też i coś innego. Że w ramach odkopywania sentymentów też i coś z dawnych lat tu pokaże.
Te jeszcze publikowane nie były, mimo iż są odkurzane z dysku. Owszem część serii kiedyś się na blogu pojawiła, ale nie konkretnie te. W ramach kompromisu, niech zatem będzie.
Bycie turystką we własnym mieście. No można i tak.