Dopada mnie zaraz po obudzeniu. Paraliżując całą mnie. Biodro. Lewe biodro. Próbuję unieść się z posłania. Nic z tego. Przeszywa całą mnie. Wyciska łzy i pot. Trzęsę się. Na przemian z zimna, z bólu, z wysiłku sięgając po telefon.
Wyjąc i przez potok łez udaje mi się umówić kontakt z lekarzem. Ale koniecznie tutaj. Tu w tej placówce. Gdzie indziej naprawdę nie dam rady dotrzeć. Nie muszę tego chyba nawet tłumaczyć rejestratorce przez telefon. Słychać. To naprawdę słychać. Jak zaciskam zęby i próbuję się skupić na tym co się dzieje. Za dwie godzinki. Ok, jeszcze chwilę pośpię. Sen koi. Pomaga się zregenerować. Zbieram się z łóżka. A w zasadzie siłą woli próbuję to zrobić. Tępo patrzę w przestrzeń skupiając wzrok na rancie darbuki. Każdy ruch sprawia ból. W panice myślę o połamanej miednicy. Jestem sama. Zupełnie. Nie mam męża, dzieci, rodziny, nikogo kto poda mi szklankę wody.
Na wpół wyjąc i mdlejąc z bólu doczołguję się do przychodni. Czekam półprzytomna, oparta o ścianę przed drzwiami gabinetu. Ortopeda ogląda mnie uważnie. Dotyka, testuje czym mogę poruszać. Wysyła dla pewności na RTG. Kolejne drzwi. Gapię się w nie oparta o ścianę. Nie mam gdzie usiąść. Przede mną na krzesełkach mężczyźni w sile wieku, też czekają na wizytę u któregoś z lekarzy. Prawie-że w piżamie, bo nic innego niż luźne gacie nie byłam w stanie na siebie wciągnąć, drżąca z bólu czekam. Tak, wiem że wyglądam dziś jak kupka gówna… Pani technik prowadzi mnie do środka. Pstryk. Zdjątko kości. Widząc jak patrzę na świat przez łzy każe mi chwilę usiąść. „Tak na szybko zobaczę tylko czy tam na pewno nic połamane nie jest. Poczekaj dziewczyno.” Ok. Jestem w dobrych rękach. Ataki paniki ustają. Przynajmniej to. Jest dobrze. Wszystko całe.
Dostaję kilka porad co teraz, co dalej ze mną. Dziękuję i wychodzę. Panowie na krzesełkach nadal siedzą. No, ale ok, przecież wyglądam dziś jak kupka gówna po wypadku. Nie trzeba wstawać. Najpewniej patologia. W placówce medycznej, gdzie cena oględzin jest trzycyfrowa. W pełnej krasie patologia, żeby nie ustąpić spłakanej z bólu kobiecie krzesła w przychodni lekarskiej. Może takim jak ja nie trzeba. W końcu to tylko kobieta.
Leżę zwinięta z bólu na kanapie w pokoju. Feministycznej kanapie. Bo wiecie… feminizm ponoć kończy się tam gdzie trzeba na czwarte piętro wnieść lodówkę czy inną kanapę. Tak jeden (p)oseł twierdzi. A my głupie targałyśmy* kanapę kupioną z lokalnego ogłoszenia kilka ulic dalej. I potem na czwarte piętro kamienicy – dwie drobne dziewczyny. Nic to. Patrzę w przestrzeń. Skupiam wzrok na rancie bębenka. Myślę sobie w tym bólu o tym jak oczy ogniskują mi się na plamie światła odbijającej się na metalowym okuciu membrany. I o tym, że malarstwo kłamie. Fotografia to jest dopiero coś. Oddaje dokładnie to jak obraz skupia się na jednym przedmiocie. Cała reszta chwilowo nieważna. A może po prostu otępiała z bólu nie jestem w stanie ogarnąć większego wycinka rzeczywistości.
Powoli podnoszę się. Delikatnie próbuję usiąść. Jeszcze żyję. Mailowo dostaję wyniki badań. Kości są całe – ufff. Twarda jednak ze mnie sztuka. Na tyle, żeby nie trzeba było mi ustępować gdziekolwiek siedzącego miejsca. (przecież rentgenem w oczach można było odczytać że nic mi nie jest i tylko udaję) Można sobie wtedy wytrzeć mordę feminizmem tuszując braki w kulturze. Bo równouprawnienie. Które polega na tym żeby nie zauważać cierpiącej osoby, niezależnie od płci. Może po prostu trudno jest traktować po ludzku innego człowieka, bo zaraz można sobie zarzucić brak bycia „testosteronowym herosem” i ego ciut więdnie.
Z pomocą przychodzi mi sąsiad z dołu. Pewnie też jakiś gender czy co tam innego. Przynosi bzdurki do jedzenia które mają pomóc poczuć się lepiej. Jest lepiej. Wstaję. Po niemal dwóch dniach wycia z bólu zaczynam znów się poruszać i chodzić.
* nie, nie jestem feministką