Lato. Do tej pory szczerze mówiąc mnie wkurzało. Z wielu powodów. Różnych mniej i bardziej wyimaginowanych problemów. Bo ile można łapać kompleksy, że blada jak ściana, że się nie opalam, białe nogi mam i tak dalej mogłabym sobie namnażać… No i to palące po oczach słońce. Też jak kłoda pod nogi i zniechęta. Ponad rok temu jakoś, bynajmniej nie przez wizję palącego słońca ubzdurałam sobie soczewki kontaktowe. Yhm… Mogłabym dumnie bijąc się w pierś powiedzieć, że zdobyłam się w końcu na tą odwagę. Yhm… Jaaasne. Odwagę? Phi. Jedno badanie w salonie optycznym, drugie kontrolne u okulisty, kilkanaście minut nerwów przy zakładaniu i wkładaniu sobie czegoś do oka przez pierwsze dni. Niemniej wiele osób z którymi rozmawiałam mówi mi, że nie mogłyby, nie dałyby rady, boją się. Strach się bać. Soczewki rozwiązały mój problem. Kilka na raz, tak w zasadzie. Problem z ostrością widzenia i zamglonym obrazem, i problem z letnim palącym słońcem. W końcu jest sens kupowania okularów słonecznych. Zwykłych, z bazarku, na ulicy, z H&Ma, niekorekcyjnych. No, takich z korekcją mojej wady to ja nigdy nie miałam. Nie zdobyłam się na to finansowo.
A teraz ma to sens. Widzę, ostro. Niemal jak przez obiektyw. Nic mi latem chyba więcej nie trzeba. Biegam w t-shirtowej sukience i halówkach. I biżuteria. Koniecznie, kolczyki, bransoletki i… zaciemnione okulary. Mimo, że nie mam jeszcze kolekcji wzorów, kolorów i kształtów – w przeciwieństwie do wcześniej wymienionych precjozów – zaczynam traktować ten element stylówki całkiem podobnie.
Do tej pory coś mnie powstrzymywało. Świadomość, że kupuję okulary korekcyjne. Jedne. Które będą mi musiały pasować do wszystkiego. Chociaż pewnie i są tacy, co kilka różnych par, na różnorakie okazje mają. Nie, nie ja. Ale na przeciwsłonecznych być może się tego nauczę. I nigdy nie zrozumiem kupowania dla stylówki i lansu „zerówek” z wielkimi oprawkami. Tak jakoś, jako osoba z wadliwym wzrokiem budzi to we mnie wewnętrzny sprzeciw. No bo jak to tak? Z własnej woli okulary nosić. Eee… No nie wiem.