Kiedy byłam sporo młodsza, tak z dwadzieścia-pięć lat temu ponoć zdarzało mi się ubrać w jednym i tym samym kolorze. Serio. Bo wiecie, dresy wtedy takie bawełniane były, szyte według prawideł, że góra do dołu pasować musi. Nie do pomyślenia dziś. Choć dziś to raczej w dresach nie chadzam… no ciuchy rowerowe, ale to nie dres. Potem jak kojarzę zaczęły się pojawiać sklepy z ciuszkami na których wszyte metki były, takie żeby było widać, że to nie z bazaru. Ja… cóż poleciałam wówczas w subkultury i inne „grupy wyznaniowe”. Wyznawanie czerni i tylko czerni, składanie hołdów dobrze wypastowanym butom. Błyszczeć się musiały.
Dzisiaj buty zazwyczaj noszę brudne. Z zaciekami z tyłu od błota, mokrym noskiem. No,co? Zima jest. Chlapa. Latem to co innego, tyle, że ja latem nie chadzam w butach do pół łydki. No raczej nie.
Cała w czerni też nie bardzo. Lady in red… przy moim kolorze skóry raczej słaby pomysł – nawet na oficjalne imprezy. Aczkolwiek szminka w tym kolorze jest w trakcie oswajania. Granat sobie uwidziałam, od dłuższego czasu zresztą. Bo to taki ni-czarny, ni-niebieski. Czarny mnie przygnębia, niebieski za jasny, choć podkreśla kolor oczu. Tak więc… granatowy prawie czarny. Film nawet taki był. Hiszpański. Widziałam w kinie. Jeszcze na Malcie.