Są rzeczy, których pewnie nigdy nie zrozumiem. Nawet się nie staram. Bo jakże mogłabym mieć choć lekkie wyobrażenie czy legitymację do wymądrzania się będąc sama oderwana od pewnych doświadczeń. A i te jedne, drugim nierówne. Choć są osoby, które uparcie twierdzą inaczej.
Oglądanie filmu o kanibalizmie przez osobę będącą niemal dziesięć lat na warzywnych paćkach* wydaje się więc mało zrozumiałe. Co może powiedzieć ktoś, kto nigdy w życiu nie jadł tego czy tamtego. Boziu (jakakolwiek by ta moja bozia nie była) dziękuję. Pochłaniając kolejne masakryczne odcinki „Hannibala” kilkanaście miesięcy temu czułam się całkiem szczęśliwa, że mnie to nie dotyczy. Nikt mnie tak nie nakarmi.
„O wegetariance, która stała się kanibalką.”
Że co? Ale krótki opis dystrybutora filmu, choć na pierwszy rzut oka dla mnie niedorzeczny był zachęcający. Bo jak to tak? I dlaczego? Spory skok w zainteresowaniach kulinarnych, tak o kilkanaście szczebelków – myślę sobie – całkiem spory. Tyle się mówi wszędzie o świadomości, zdrowotnym działaniu diety wege, współczuciu wobec zwierząt. I dobrze. Niemniej rozumiem osoby, które jeść warzywne paćki przestały. Pewnie miały powody.
Zburzona utopia
Mówiłam, nie mam doświadczeń. Tak, myślę kiedy patrzę na idealną rodzinę z filmowego obrazka. Oni w sile wieku, córka zaczynająca studia, druga już tam jest. Z ułożonego domu. Z zasadami. Jak surowymi, to się okaże. Kiedy na nich patrzę na szerokim kinowym ekranie przemyka mi przez głowę – a jaka ja bym była, kiedy zdecyduje się na dzieci i swoją rodzinę – staram się tam nie widzieć siebie. Nie tam, nie w tej idealnej scenie.
Kochamy zwierzątka
Mamy więc, małżeństwo. Po studiach weterynaryjnych, z samochodem, domkiem, zapewne z ogródkiem, pieskiem i dwiema niemal dorosłymi córkami. Jedna już tam jest, druga do niej ma na studiach dołączyć. Uczyć się, jak leczyć naszych braci mniejszych. Piękny obrazek. Tfu, tfu… Za bardzo. Nie wierzę. Nawet by uwierzyła gdyby nie klimat filmu. Szare, ciężkie niebo, niedoświetlone kadry. No coś nie gra, no nie?
Ano nie. Bo zamiast słodkich pastelowych scen jak z reklamy miejscowego gabinetu weterynarii ze słodkimi kotkami w tle, miękkimi pluszowymi króliczkami i uśmiechniętą panią doktor dostajemy krew. Hektolitry krwi i…
Mięso
To jest ten tytuł. W tłumaczeniu. Oryginalna wersja przywodzi na myśl jeszcze jedno zakorzenione w głowie skojarzenie. Z tymi, co nawet warzyw nie gotują, tylko najlepiej jak natura dała – prosto z krzaka. Troszkę ciężkie w naszej strefie klimatycznej. Zresztą nie wiem, nie próbowałam nigdy. Tego akurat nie. Jak i wielu innych rzeczy. Nie próbowałam też jak główna bohaterka filmu swojej miłości do zwierząt przelewać na studia w tym kierunku. Oj nie. To nie dla mnie.
Sekcje, krew, wyjmowanie wnętrzności. Kto powiedział, że ma być łatwo i pluszowo. I łatwo w pierwszych dniach i tygodniach na pierwszy roku studiów wcale jej nie będzie. Tego dowiaduję się już na początku filmu. No i cóż… Nihil novi. W końcu sama kiedyś studiowałam. Przestrach bo co tydzień „małe matury” i próby pogodzenia nauki z syndromem „zerwania ze smyczy”.
Zupełna dzicz. Dzicz na którą każdy się bezgłośnie, bezdyskusyjnie godzi, jak osławione w opowiadaniach „kocówy” w wojsku, kocenie pierwszaków w liceum czy dziwnej maści tradycje i zachowania, których naoglądałam się pracując na pewnej poznańskiej uczelni. Za przyzwoleniem profesorów, rzecz jasna. W filmie aż do granic i przesadnie. Ale na rzeczonej uczelni i różne rzeczy, choć bardziej ucywilizowane widziałam.
I jeżeli w ten kocioł wrzucić młodą dziewczynę, spod klosza rodzinnego, prosto z domu – co może się wydarzyć?
Rzeczy skrajne
Te, na które młody jeszcze nie ukształtowany człowiek nie jest absolutnie w żadnym stopniu przygotowany. Musi się z nimi zderzyć i przez nie przejść… albo polec. Przebłysk przez chwilę – szybka jak światło myśl – a co z rodzicami dziewczątka z utopijnego domku? Przecież wiedzieli w co dzieciaka ładują. A może i nie? Może spodziewali się, że tym razem będzie inaczej? Surowe zasady miały pewnie dawać fundament. Nic tu po nim jeśli się jest w niego bezwolnie wtłoczonym. Bez prawa głosu, bez własnego języka. Wtedy raczej są jak ulepione z gówna. Jest więc ucieczka od tego, testowanie rzeczy do tej pory zakazanych – po wstępnym oczywiście uczuciu wstydu i udawaniu, że nic się nie dzieje i próby schowania instynktów za fasadą deklaracji – są i skrajności. Tak mocne jak wyobrażenie sobie, że wegetarianka może stać się kanibalką. Jak?
Najpierw zwierzęta, potem ludzi traktować jak zwykłe mięso. A to mi się akurat zdarza. Co prawda nie w tym kontekście. Zdarza mi się powiedzieć o kimś, że jest zwykłym mięsem. W dodatku nieświeżym. A ja takiego nie tykam. Cenię sobie swój zmysł smaku.
Niemniej w momencie kiedy zatraca się człowieczeństwo i ludzie zaczynają się zezwierzęcać pewnie to i to już staje się być wszystko jedno. Jest równość. Równość w kwestii praw zwierząt, traktowania ich z godnością i poczuciem, że gwałt na małpie ma taki sam ciężar jak gwałt na kobiecie. I równość traktowania na własny egoistyczny i pozbawiony współczucia pożytek. Jak coś takiego, takie odbicie w skrajność może się stać? Po tym właśnie filmie dokładnie wiem jak.
* po niemal dziesięciu latach na warzywnych paćkach, ostatnim nagłym spadku wagi, próbuję jakoś doprowadzić się do porządku, na szybko, egoistycznie. Bez skrajności, na szczęście.