Dawaj!

Jest mało rzeczy które mi są ostatnio potrzebne. Ale to było. Zdecydowanie. Nie zdarza się często… Tak od kogoś coś dostać. Po prostu. Emocje. Energia i niesamowita siła. Płynąca… hmmm… no ze wschodu, od kilku dziewczyn związanych z kijowskim teatrem (?)

znowu Ukraińcy

znaczy się te, no „ukry”, które nas zalewają, niszczą rynek pracy, rozpychają się po mieście samym swoim jestestwem… bla, bla, bla. I oni wszyscy przyjechali tu by nam wszystko odebrać. A nic od siebie dać.

Dakh… czy przypadkiem to słowo tego nie oznacza. Tak przynajmniej ze swojej nazwy „tłumaczy się” DakhaBrakha kolejny zespół związany z kijowskim centrum kultury „DAX”. I co akurat nie jest zaskoczeniem część muzyków związana jest również z…

dakh daughters

Jakoś dawno przestało mnie dziwić łączenie spektaklu ni to teatralnego, ni kabaretu z muzyką. Teatr z dźwiękiem jest dla mnie nie rozerwalny. Jakby jedno bez drugiego istnieć nie mogło i od niego było jeżeli nie w pełni, to w dużej mierze uzależnione. Ok, pomijając ulicznych mimów, pantomimę czy innych tam cyrkowców, ale tu już chyba lecę zbyt daleko. Tak, więc… będąc w teatrze raczej nie widuję spektakli zupełnie pozbawionych muzyki czy chociaż jakiegokolwiek dźwięku.

A w drugą stronę?

Nie od wczoraj (a w zasadzie nie nawet od ostatniej soboty) muzycy produkują swoje występy coraz i coraz bardziej jak interdyscyplinarny show. Dźwięk, światło, dym, zapach (tak, nawet to. odpowiednie stężenie dymu na sali daje specyficzny zapach), taniec, ekspresja czy improwizacja. Widywałam. W różnych miejscach. Chociaż przyznam, że najbardziej chyba podczas etno-dziwnych koncertów 😉

spektakl

Chyba tego spodziewałam się po zapowiedzi. Jak to zwykle w przypadku takich koncertów (robię to też często idąc do kina) poleciałam w ciemno. Nie doszukując się nagrań w internetach. Przy zgaszonych światłach na Sali Wielkiej w CK Zamek pozwoliłam sobie lekko transowo odpłynąć. Jak poprzez morze. Przez ukraińskie reggae. Ok. Żartowałam Dakh Daughters tyle z tym wspólnego mają co ja kiedy miałam dredy 😉

Porwała mnie energia, mimo że zawsze ale to zawsze na każdym koncercie zaczynam z poziomy sceptycyzmu. Hmmm… po co w ogóle więc na takich imprezach bywam. Pochłonęło bez reszty perfekcyjnie dopracowane show. Tylko czy „sioł” to akurat na to dobre określenie. Teatr. Doskonale przygotowany ciąg scen i kostiumów, bez antraktów, bez długich technicznych przerw i przygotowań, kiedy to ludziom na sali puszcza się coś tam z głośników. Raz, dwa, światło gaśnie, światło się zapala, kolejna scena. Dograna i wyreżyserowana do perfekcji.

A mimo tego energia i spontaniczność uderzające we mnie prosto pod sceną. I intelekt, przygotowane teksty, tłumaczenia na ekranie z wizualizacją wyświetlane prawie jak w kościele. Tak, takie zdarzenia są dla mnie jak małe święta. Jak na niedzielę do teatru. No ale przecież to też teatr.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *