Najlepiej wcale. Bo smoków się nie tresuje. Po prostu. Ani złotych, ani zielonych, a już tym bardziej czerwonych smoków nie wolno. Pod żadnym pozorem. Nawet nie próbować bo ugryzie dotkliwie i boleśnie!
No chyba, że mówimy o pluszowym. No albo o czarnym, jak w tej bajce dla dzieci – o smoku Szczerbatku. Podobno taka animacja była dla dzieci. Nie oglądałam, ponoć świetna. Trzeba nadrobić, koniecznie. To dobry plan na nadal długie i ciemne wieczory z kotami, i z herbatą, zawinięta w koc.
Bajki, bajkami a rzeczywistość i życie sobie. Tak, właśnie – sobie. Sobie to możemy opowiadać różne „złote myśli” i „inspirujące” cytaty o emocjach, życiu, prawdzie. Cytaty jakoś mi żyć nie pomagają, za to w rzyć mnie kłują, rzucają się przed oczy. Nic to, jest i na to sposób. Wystarczy zniwelować ilość obserwowanych treści pseudopsychologicznych w social mediach, nie klikać, nie dotykać, nie czytać. A jak już to książki. O tak. No i to jeszcze nie wszystkie książki.
W mojej coraz to bardziej przepastnym kątku czytelniczym w salonie regał na książki coraz bardziej puchnie. Nadszedł i niestety ten moment, kiedy trzeba sobie delikatnie i z czułością powiedzieć „stop!” Stop, laska bo ty jeszcze nawet z jednej-piątej tego co masz na półkach nie przeczytałaś. Są też i takie rzeczy których czytać nie warto. No po prostu nie. Albo przeczytać raz, i więcej do tematu nie wracać.
TRESOWANY MĘŻCZYZNA
Tytuł jakby nie było przyciąga. Zdaje się być warty uwagi w moich wiecznych i wiecznie nie rozwiązanych rozważaniach o sensie świata, o równowadze w naturze i relacjach, o warunkowaniu, o gorsetach oczekiwań, o męskim i kobiecym.
Kobiecej energii nie ma. Męskiej zresztą też nie. Tak ostatnio wyczytałam w komentarzach w internecie. To bujda. Na resorach wielkich. No i niby empirycznie, wiecie na „szkiełko i oko” dowieść się tego nie da, żadnymi badaniami z określoną w założeniach metodologią. Zaprzeczyć też nijak. No bo jak to jest, że są kobiety bardzo kobiece, i kobiety ciężkie z natury jak kołek nieociosany. Nie mówię tu o obiektywnej wadze w kilogramach, rzecz jasna. A jak już o wagach mówimy to kilogram, kilogramowi też nie równy.
O tym czym jest kobiecość próbowałam się przekonać podczas warsztatów z intencją jej poszukiwania. Nie, w niczym nie przypominało to przebierania się w niby hippisowskie zwiewne suknie i wplatania słowiańskich wianków we włosy. Zimą? W lutym? Dobre sobie. O tym kim „naprawdę”, „podobno” jest kobieta czytam sobie od dobrego miesiąca w książce Esther Vilar.
BANIALUKI
Bańki mydlane, mgliste wizje. Bo przecież mam prawo ze słowem pisanym się nie zgadzać. Tak, po prostu, zwyczajnie mówić „nie”. Czytałam to miesiąc. I nie, wcale nie dlatego że to taka gruba kniga, pełna opracowań, statystyk, odniesień do badań statystycznych i psychologicznych. Oj nie. To dla mnie zwykłe wyrzyg. Bajdurzenie jakiejś pani. Co miała na celu? Skąd taki obraz świata. Nie wiem, wnikać nie będę – szkoda na to moich zworek w głowie.
… bo być kobietą znaczy wykazywać mniejsze zainteresowanie seksem.
Podobnie jak kobieta odmawia sobie głębszych uczuć, tak też odmawia sobie seksualnego apetytu: bo jak inaczej dziewczyna mogłaby powiedzieć chłopakowi, że go kocha, jeśli nie odmawiając mu swego ciała? Idąc za radą matki dziewczyna stłumi swoje pragnienia nawet w okresie dojrzewania ze względu na kapitał, jaki może później zyskać.
Dawniej panna młoda, żeby mieć jakąś wartość, musiała być dziewicą, ale nawet dzisiaj dziewczyna z niewielkim doświadczeniem seksualnym będzie miała wyższą wartość rynkową od takiej, która miała wielu kochanków.Ester Vilar „Tresowany mężczyzna” str. 77
Czy my jesteśmy krowami na targu, ja się pytam? Krowami z ładnymi długimi rzęsami. Powłóczystym spojrzeniem – rzecz jasna – i wszelkimi cechami fizis tak promowanymi w kolorowych magazynach, na fotkach w internecie. Byleby się dobrze sprzedać. Za gruby hajs oczywiście, sprzedać się tanio nie wolno, nie przystoi.
Kiedyś się może oburzałam na taki tekst. Ba, jak dobrze pamiętam oburzałam się do szpiku kości. Jakbym wyrażała swoją i tak niewidoczną zgodę na te zasady „dorosłego życia”. Dzisiaj? Dzisiaj to ja pracuję w korporacji. Sprzedaję swój potencjał intelektualny, możliwości i wiedzę, za jakąś tam odpowiednią dla mnie stawkę. Dzisiaj wiem, że w zależności jak dobrze się sprzedam tak mogą otworzyć się dla mnie zupełnie inne ścieżki rozwoju kariery. I rozwoju siebie. Nie oszukujmy się – „pieniądz to życie” i dużo łatwiej jest oddawać się medytacji na drodze uduchowionej samoświadomości mając dach nad głową, ciepło w tyłek i pełną lodówkę. Trochę trudniej gdy najpierw angażujesz całe siły w przetrwanie. Wtedy ciężej jest być mindfullness, gloryfikować wellbeing i work-life balance. Karnetów Multisporta na te wszystkie jogi i masaże relaksacyjne też raczej za darmo nie dają.
Tylko czy wszystko ma cenę? A wartości? A pasja? Lojalność, oddanie, miłość, wdzięczność?
JESTEM ROMANTYCZNĄ IDEALISTKĄ
Nie krową na targu, którą ktoś będzie oceniał czy spełnia wymogi kanonów piękna (phi, phi… rzecz względna i kwestia gustu) i jest w odpowiednich widełkach wiekowych. Stare baby mają trudniej. Bo są brzydkie i nikt ich już nie chce. Tak czytałam w książce, słowo daję. Czytałam też kiedyś lata temu i nawet oburzyłam się na to, tu na tym moim blogu, że „Ładne laski idą na dyskotekę, a brzydkie, których nikt nie chce bzykać, to idą na demonstrację.” Tylko dlaczego nikt nie zapytał czego chce kobieta? Podobno wcale nie chce bzykania. Kobieta chce nowych butów i nowych ciuszków.
Kobieta z pewnością będzie szczęśliwa, przeżywając orgazm – ale nie jest to jej największa przyjemność. Znacznie wyżej ceni sobie cocktail party albo zakup nowej pary skórzanych butów w kolorze bakłażana.
Esther Vilar „Tresowany mężczyzna” str. 87
Butów mam par może z czterdzieści. Niemal wszystkie kupiłam sama, bo takie powiedzenie, przesąd tutaj jest, żeby kobiecie butów nie kupować, bo w nich odejdzie. Sama więc musi. Te w kolorze ciemnego bakłażana dostałam od kumpeli, kiedy to w ferworze przeprowadzki ograniczała ilość posiadanych rzeczy. Pewnie też sama je sobie kupiła. Za swoje. I jeżeli miałabym wybierać, te ciemnofioletowe botki czy inne rozkosze… Mówiłam już, sprzedaję siebie w korporacji. Za złotówki, nie za buty rzecz jasna. Złotówki zawsze mogę na te buty wymienić i na książki i dach nad głową. I w zasadzie to wszystko, co tylko da się kupić. Lojalność i intymność nie są na sprzedaż, nie w moim świecie.
A W MOIM ŚWIECIE
Feministki, „feminazistki”, równouprawnienie i emancypacja pełną parą. Kobiety pracujące na siebie same i doskonale ogarniające swój grajdołek to żaden ewenement i wcale nie taki nieliczny odsetek jak twierdzi Esther Vilar. Twierdzi też, że studiujemy i pracujemy tylko dlatego, że nie udało się nam (znaczy tym kobietom, co chodzą do roboty) odpowiednio wcześnie, już na studiach odpowiedniego samca sobie złowić, coby nas utrzymywał. Takie, co na studiach nie złapały ni wykładowcy, ni nawet ewentualnie studenta z widokami na karierę i zarobki muszą niestety iść do fabryki, tudzież innego miejsca „tymczasowego” pobytu. Do czasu, rzecz jasna, póki sobie w pracy nie ułowią na zanętę i mgliste wizje „ogrodu rozkoszy ziemskich”. Później ustępują miejsca innym kobietom, żeby też miały spóźnioną szansę coś tam w resztkach wygrzebać. Ponoć i takim śmieciowiskiem z resztek są portale randkowe w internecie. Odpadki, których nikt nie chciał. Nie wiem, nie bywam. Tak samo jak do biura chodzę pracować, a nie na podryw. Chodzę więc nieumalowana, niepoupiększana, bo to w niczym w tej robocie dodatkowych punktów życia nie przydaje.
A jeśli jedną z jej przyjemnostek jest siedzenie w pełnym makijażu w sekretariacie mężczyzny i przekładanie sformułowanych przez niego myśli na wizualne medium, nazywa to „stymulującą pracą umysłową”. W ten sposób kobieta oddaje się nieustannemu świętowaniu, żyje w świecie swobody, szczęścia i braku odpowiedzialności, o którym mężczyzna nie śmiałby nawet marzyć…
Estrer Vilar „Tresowany mężczyzna” str. 116
A jak tak ma wyglądać praca dla kobiet, to spoko. Może autorka „Tresowanego mężczyzny” jako, że jest kobietą, i jak sama w swoim dziele twierdzi przedstawicielki tej płci są głupimi imbecylkami kupczącymi swoim wyglądem i dupą, nigdy nie słyszała o ENIACu. No oczywiście, że nie, przecież nauka i zainteresowanie skomplikowanymi zagadnieniami matematycznymi to domena mężczyzn. Wszak programistki piszące na niego kod pracowały pod koniec lat 40-stych. Można więc taką błahostkę jak jakieś tam programowanie trajektorii pocisków pominąć. Tak jak i Cobola i Fortrana. Na pewno idąc za sennymi wizjami Esther Vilar to nie są zabawki dla kobiet i istnieją bez udziału kobiet. Nic to, że w latach 60-tych około jedną-czwartą programistów stanowiły kobiety. (odsyłam jak zawsze do „Koderzy” Clive Thompson, zwłaszcza rozdział o ENIACu, chyba moja ulubiona książka). Pojawiały się broszury, ogłoszenia o pracę kierowane i targetowane pod kobiety, artykuły w magazynach, które zachęcały do pójścia tą ścieżką. Esther to przegapiła pisząc swoją książeczkę? Czy może jest tak głupia jak opisywane przez nią panie skupiające się tylko na łowieniu dzianego męża. Jej „wybitne” dzieło zostało wydane w latach 70-tych, trudno jest więc komukolwiek wmawiać, że pracujących jako programistki i debugerki kobiet wówczas nie było. Trudno w ogóle myśleć, że ówczesne amerykańskie społeczeństwo mogło sobie pozwolić na taki model życia gdzie jedna osoba zapierdala, a druga na niej pasożytuje. Zdaje się, że po drugiej wojnie to wszystko uległo zmianie. Ale spokojnie, później będzie jeszcze gorzej – później przyjdzie grunge z Seattle i pokolenie X ze swoją depresją i poczuciem bycia przegranym od urodzenia. Tam już nie będzie podziału na ładne panie uczepione bogatego pana i brzydkie panie, które muszą iść do pracy, będzie ogólna między-płciowa depresja.

Ponieważ autorka swojej książki nie odniosła się w wysnuwanych opiniach i poglądach (no sorry, praca naukowa to, to nie jest) podrzucę kilka faktów.
W latach 70-tych, kiedy książka została wydana bezrobocie w Stanach Zjednoczonych było na poziomie 5,5%. Ergo jak na mój malutki rozumek, prawie wszyscy pracowali (inna sprawa to definicja osoby bezrobotnej, jako tej, która aktywnie poszukuje pracy, więc rozumiem że do statystyk nie łapią się osoby w ogóle pracowaniem niezainteresowane). Pogadajmy sobie w tym kontekście o latach 2000 w Polsce. Ktoś pamięta? Ja bardzo boleśnie odczuwałam te 20% kiedy do osiedlowego sklepu z bielizną, próbowałam się przebić przez ponad 50 innych listów motywacyjnych mówiących o pasji do sprzedawania wielkich bawełnianych gaci.
Idąc dalej, po Wielkim Kryzysie i drugiej wojnie światowej kiedy to mężczyźni w sile wieku byli na wojnie, czy to na Pacyfiku czy to w Wietnamie, kobiety musiały przejąć część męskich stanowisk. Odsetek pracujących pań do lat 70-tych wzrósł do 46%.
Nie wiem więc gdzie autorka książki „na wsi się chowała” i dookoła siebie nie widziała takiego zjawiska, ale te procenty oznaczają, że co druga kobieta (która wyrażała chęć „robienia kariery”) miała normalną pracę na etacie. Fakt, że mało płatną i na niższych stanowiskach, ale mówienie w kontekście twardych danych o kobiecym lenistwie i pasożytnictwie pokazuje mi tylko że Vilar to podczas pisania paszkwila w kierunku innych kobiet „peron już dawno odjechał”. No i owszem, może nawet w książce pojawia się argument jako, że do pracy idą tylko albo kobiety brzydkie, których nikt utrzymywać za samo „bycie” nie chce albo takie, których mężczyzna nie jest w stanie zarobić tyle, żeby utrzymać swoją rodzinę na odpowiednim poziomie życia. Spokojnie, jak już pisałam, przyjdzie pokolenie X i grunge z Seattle.
Okres po II wojnie światowej charakteryzował się największym wzrostem poziomu aktywności zawodowej kobiet, a także wzrostem równości płac. Poziom aktywności zawodowej rósł w okresie od lat 50. do lat 70. XX w. W przypadku zamężnych kobiet w wieku od 35 do 44 lat wzrósł on z 25 do 46%. Zaobserwowano również większą akceptację dla aktywności zawodowej kobiet.
Odsyłam do źródła, skoro pani autorce takie dane były niewygodne to ja przywołam, choć artykuł do którego się odnoszę grubo po czasie jej obserwacji – https://econjournals.sgh.waw.pl/KiB/article/download/2374/2294/4598&ved=2ahUKEwjTw7H8z9qLAxURBhAIHb77CHMQFnoECCkQAQ&usg=AOvVaw1kvtqKrB3BctkPNv8QUfZe
TROCHĘ JEDNAK RACJI JEST
No niestety, muszę przyznać. Chociaż absolutnie nie zgadzam się z traktowaniem tematu w tak powierzchowny sposób. Bez danych, źródeł, tabelek i statystyk ten traktat o pasożytniczych kobietach nie ma dla mnie racji bytu. Pewnie dla nikogo, kto studiował i na każde swoje zdanie, każdą tezę w tekście musiał mieć kilka przypisów i cytatów z dzieł już wcześniej uznanych. O wiele bardziej mówi do mnie „Ciemna strona człowieka”, którą zresztą i czytałam i pisałam o niej. I to wcale nie dlatego, że jest o „złych mężczyznach” w przeciwieństwie do „imbecylek kobiet”. Nie mój klimat takie tupanie nóżką kto gorszy, kto lepszy i obwinianie przedstawicieli innej płci za wszelkie zło tego świata, po prostu lubię książki naukowe, w pełnym tego słowa znaczeniu.
Niemniej, niestety, kiedy czytam o tresurze kobiet, które następnie tresują mężczyzn na swoich niewolników, kiedy czytam o mało ambitnych zajęciach i co za tym idzie kiepsko płatnej pracy trudno mi się czasem nie zgodzić. Wmawia się „nam”, że jedynym szczęściem jest urodzenie dziecka, a nie niańczenie kota. Wpaja, że dobra praca dla kobiety to fryzjerka albo kosmetyczka, a nie informatyk. No bo co to jest kobieta-informatyk. To podobno jak „świnka morska”. Ani świnka, ani morska. Ha ha ha ha. Taki sobie żarcik. Właściwe dla kobiety jest, więc to co służy upiększaniu i odmładzaniu, i w takich zawodach jest jej miejsce. Ciężar tych kulturowych przekonań można obserwować, na uczelniach w Stanach, na uczelniach w Europie, na politechnice w Polsce. Tylko 14% studentów kierunków informatycznych w Polsce to kobiety. Dlaczego? Ano dlatego, że w większości dziewczyny są przez otoczenie, kolegów, rodziców, nauczycieli zniechęcanie do pójścia tą ścieżką. Wiadomo, to nie jest zawód dla bab.
Ważną przyczyną mniejszego udziału kobiet w obszarze technologicznym jest brak zachęty otoczenia – jeszcze na poziomie edukacji podstawowej i średniej. Spowodowane jest to stereotypowym, historycznie uwarunkowanym, podejściem do roli kobiet w społeczeństwie. Jak wykazał Raport „Potencjał kobiet dla branży technologicznej” Siemensa i Perspektyw – 25% badanych maturzystek czuło się wręcz aktywnie zniechęcanych do wyboru kierunków inżynierskich. Drugą najważniejszą przeszkodą jest dotkliwy brak wzorców kobiet, które osiągnęły sukces. 86% uczennic w Polsce nie zna przykładu kobiety inżyniera, programistki czy naukowczyni (poza Marią Skłodowską Curie). Podobnie
wygląda sytuacja w innych krajach. Ponad 80% kobiet w Wielkiej Brytanii nie jest w stanie wskazać żadnej kobiety role model z branży technologicznej. („Women in Tech. Time to close the gender gap”, PwC 2017)
Tekst akurat pochodzi ze strony fundacji edukacyjnej Perspektywy. Robią świetną robotę w tej dziedzinie, której corocznym zwieńczeniem jest impreza branżowa Women in Tech Summit. Zresztą byłam, na własne oczy widziałam, na własne uszy uczestniczyłam w wykładach i warsztatach.
Nadal mimo wszystko, mimo całego mojego buntu przeciw szufladkom, szablonom i oczekiwaniom trochę racji w „Tresowanym mężczyźnie” jest. Jesteśmy warunkowani, jesteśmy programowani. Ale czy na pewno tylko przez kobiety?