Nie teraz, nie w tej chwili

Zdawało by się, że jak czegoś nie robimy kilka lat to trudno do tego wrócić. Trudno nauczyć się znanym już poniekąd rzeczy na nowo. Jak malowanie obrazów, grzebanie w ustawieniach aparatu, gotowanie czegoś więcej niż woda na herbatę. A i to można popsuć. Wiem to. Są rzeczy, których nie robiłam nigdy. No, ok, bez przesady – prawie nigdy. Wydawałoby się skomplikowane, a nie jest.

Warzywa i zielsko. Ok, żywiłam się tym dość długo, ale… kiedy zaczęły mi przez skórę wychodzić kości a w odbiciu w lustrze zobaczyłam smętne to i owo, musiałam zareagować. Dietą „na znikanie” of course. Mogłabym w sumie dalej na warzywnych paćkach, bo nie to było powodem mojej zaniżonej wagi, niemniej tak było mi szybciej i prościej.

Bo to proste jest

Bardziej niż mi się zdawało. A obawiałam się, że będę mieć trudności w przestawieniu się (chwilowo) na inny sposób żywienia. Nie wiedziałam jak zareaguje organizm, no i nie myślałam czy będę to umiała, czy też czeka mnie ślęczenie w kuchni z przepisem na zachlapanym tłuszczem wyświetlaczu telefonu. Brrrr… Kiepska wizja.

Niemniej dałam sobie jakoś radę bez tego wszystkiego. Ciało zaaprobowało nowy sposób żywienia, że tak przy piątku sobie coś mięsnego wciągnę, a ja szybko ogarnęłam co i jak.

Zielenina zostaje

Bo jakżeby inaczej. W końcu nie-wege obiad nie składa się z samej padliny – no chyba, że mówimy o gotowanych kiełbach, to wtedy co innego. Tak więc… Na talerzu oprócz części głównej gości sałatka z roszponki, pomidorów, lekko posmażonej marchewki. Obowiązkowo ziemniaki. I kurczak w przyprawach. Kurkuma. Po pierwsze. Jedna z moich ulubionych, dodawana w kuchni niemal do wszystkiego. Całość przysypana czarnuszką. Też dosypywanej przeze mnie wszędzie.

Cóż mogę powiedzieć. Hmmm… taka anegdotka z ostatniego spotkania ze znajomymi. Siedzimy w pizzerii. Jest nas kilka osób, więc świetnym pomysłem jest kilka rodzajów placków, tak żeby się podzielić, pozamieniać smakami. Znajoma przed zamawianiem pyta mnie „You are vegetarian? As I remember.”. I tak niespodziewanie dla niej mówię „Not anymore, my dear, not anymore.” Uczucie ulgi na jej twarzy. Ufff, nie trzeba będzie dodatkowo kombinować i stresować się przy jedzeniu czy przy mnie wypada czy nie wypada.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *