Łażę po muzeach. Wszelakich. Często mi się to zdarzało będąc w obcym mieście. Od czasu do czasu. Pozwiedzać. Wszystko co się da. Będąc u siebie… hmmm aż wstyd przyznać, że nie wszystko widziałam. Wystawy, galerie, centra kultury, dzieła sztuki. Jest jedno miejsce które omijałam szerokim łukiem. Bo daleko, trudniej dojechać, bo nazwa brzydka. Martyrologia? A co to i dlaczego tak ciężko brzmi? Napawanie się cierpieniem, etos narodu umęczonego? Pretensje do całego świata? Nie. Dziękuję.
Muzeum Martyrologii Wielkopolan
Mamy takie w Poznaniu. Omijałam. Bo czegoż miałabym tam szukać. Nie lubię tematyki wojen. Drugą wojnę światową w czasie mojej edukacji pomijałam jak się tylko dało. (Mimo, że zdawałam maturę z historii, co nie… ale z szczegółowym zakresem ze średniowiecza. Hipokryzja. Też pełne walk i rozbojów). Ponoć to ważne, by niektóre rzeczy jednak pamiętać. By pokazywać sobie i innym przeszłość próbując się uchronić od zataczającej koło historii.
A teraz patrz!
Postawiona zostałam pod ścianą. Schwycona za ramiona i mówią mi „Patrz! Patrz jak można upodlić innego człowieka”.
Idę z innymi wgłąb Fortu VII na spektaklu „Noc i mgła”. Późny letni wieczór. Na pewno jest wiele innych rzeczy do robienia w mieście. Ogródki z piwem, całonocne imprezy czy chociaż kino. Ale nie, z innymi uczestnikami spektaklu podążam w chłodne mury. Aaa…kino. Tytuł przedstawienia nieprzypadkowy. Nawiązuje do tego tytułu w kinematografii.
Idziemy jak owieczki na rzeź.
Z całym tłumem podążam przez bramę fortu. Ciasnym korytarzem. Powoli. Czuję nad sobą zimne, grube mury. Mało miejsca, bez okien czy nawet świetlików. Nie ma gdzie uciec. (Czy wspominałam kiedyś że mam lekką klaustrofobię?). Między nami aktorzy. Przesuwające się bez słów postacie w ciemnych ubraniach. Maskach na twarzy. Odczłowieczeni. W swoim milczeniu. W milczeniu wszystkich widzów. Tylko podążając za delikatnym dźwiękiem saksofonu. Za mną zostaje huk zamykanej bramy, przesuwanych drzwi. I cisza, niepokojąca cisza. I mówią mi patrz! Patrz na odartych z wszystkiego ludzi. Ktoś z aktorów chwyta mnie silnie za ramiona i prowadzi. Stawia mnie przed ścianą i bez słowa nakazuje: Patrz! Patrzę… aż aktorka wyciąga mnie z tłumu ludzi. Obejmuje z przejmującym smutkiem i prowadzi dalej. Do miejsca w którym wszystko to się zakończy. W geście współczucia przytula innych widzów. Przekazuje nam ogromny bagaż emocji. Smutek i refleksję. Bez słów.
Te ostatecznie padają.
„… Bo ja się uczę największej sztuki życia :
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!”*
Wychodzę po wszystkim przed fort. Nie mogę mówić. Nie umiem przez najbliższych kilka godzin.
*wiersz Ireny Bobowskiej, całość do przeczytania tutaj.