Nie, tatuaż nie boli

Wydaje mi się… nie, wróć. Nic mi się w tym temacie mi nie wydaje. Jakby znam go prawie, że od podszewki.
Naprawdę wiele zostało na ten temat powiedziane. Można w ramach zgłębiania wiedzy poczytać. O chociażby tutaj. Tutaj też można. Zapewne istnieje multum wątków na różnorakich forach internetowych, czy robić, czy nie robić, co robić i gdzie.

To boli.

No podobno. Bo to zależy – jak wiele rzeczy w życiu – od tego jaki mamy próg odporności na ból, miejsca na ciele czy samego tatuażysty. Serio, serio. To ostanie też ważne w temacie odczuwanego bólu. Na grupach dyskusyjnych, fanpejdżach na facebooku czy po prostu googlając sobie można bez problemu znaleźć mapy ciała z uwzględnieniem bolesnych i tych mniej miejsc na zrobienie sobie wzoru. A jak komuś się nie chce szukać albo nie umie, wystarczy kliknąć o tu.
Tak, więc tego… nie, nie boli, wcale a wcale. Seria tysięcy ukłuć na ramieniu nawet jest dla niektórych lekko przyjemna przy akompaniamencie brzęku maszynki. Niemniej z innymi miejscami na ciele może być już bardzo różnie. Bardzo. Być może boleć musi, wszak…

… tatuaż to pieczęć diabła

A jakże. Znak wypalony czarcim pazurem w końcu boleć musi. Można było sobie swego czasu posłuchać na Youtube z pewnego kazania dość interesujących wywodów. Heh, jak kilka lat wcześniej dowiedziałam się że jeśli noszę gatki z krokiem między łydkami to „wiedz, że coś się dzieje”. No cóż. Dzieje się dość sporo u mnie w tematyce okołotatuażowej. Żywo jestem zainteresowana i podjarana. Widziałam nawet świetne bawełniane torby na sprawunki w duchu „zero waste” z wspomnianym hasełkiem. Nie pamiętam już które to studio tatuażu to wypuściło, ale… poszukam, znajdę i pewnie taką sobie sprawię, do chodzenia po bułki do Biedronki w niedzielę. Ładny motyw, jak na pieczęć diabła oczywiście. Z perspektywy kilkunastu lat czasu cieszę się bardzo, jeśli już o motywach mowa, że nie miałam jako nastolatka pieniędzy ani żadnych znajomych, co to parali się dziaraniem w domu. Wtedy to miałabym prawdziwe diabelskie pieczęcie. Zaprawdę. Albo „Januszki” jak mawiają na pewnym fanpejdżu na bardzo brzydkie wytwory na ciele. Ufff… szczęście moje. Nie mniej coś tam mnie dotknęło i teraz próbuję skutecznie doprowadzić wygląd mojej skóry do porządku. To boli. Mentalnie mnie akurat jakby mniej, trochę po kieszeni, drastycznie po ciele.

Laser to dopiero boli.

Yhm… o tym się na własnej skórze zdążyłam przekonać. I to już kilkukrotnie. Nie tylko ja zresztą. Bo halo, halo ale to nie takie proste jak robienie. Cyk kilka godzin lub jeden dzień w studio i gotowe, na zawsze (niemal, bo mój przypadek mówi też coś innego). Seria sesji. Jakby ktoś żywym ogniem przypiekał. Bez żadnej gwarancji na stuprocentowe uleczenie. Lepiej cover. Po stokroć. Tylko tu taki mały techniczny problem się pojawia – lepiej zakrywać stary tatuaż po kilku sesjach usuwania laserem. Auć. Bardzo auć.
Wszystko w tej materii zależy od tego kto, jakie studio będzie te błędy poprawiać. Wtedy jakby boli troszkę mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *