Sodoma, gemela, rozpusta i diabelskie zabawy. Oczywiście w odpowiedni sposób przypieczętowane. Mówiłam kiedyś że znaczki na ciele, tusz pod skórą i inne metalowe artefakty to diabelskie pieczęcie. Wypalane rozgrzanym do bólu pazurem. Ból… hmmm… lubię nawet. Nawet bardzo… no ale to zależy jaki.
Wracam do domu padnięta, po całodziennym bieganiu między stoiskami na Poznań Tattoo Konwent. Żeby dodać dramaturgii powiedziałabym, że objuczona jak wielbłąd czy inna ośliczka torbami ze sprzętem foto. No, nie. W tym roku tego błędu jaki to zdarzył mi się kiedyś tam wcześniej nie popełniłam. Tak mi wygodniej. Tak mogłam skupić się na tym co widzę dookoła mnie ,zamiast na bólu przeciążonego tobołami ramienia. Polowałam.
Jak na małego drapieżnika przystało. Na ludzi, na obrazki, na możliwość uchwycenia szczególnych momentów. Powstające na skórze wzory, kłute więzadełko pod językiem. A nie, nie u mnie. I tym razem wróciłam z konwentu czysta. Jak biała kartka, tabula rasa chciałoby się rzec, ale jakoś tak nie do końca. Trochę tuszu jednak pod skórą mam. Tak ciut, ciut. A mimo tego na całym konwencie chodziłam w długich ciuchach, jakby wstydząc się swoich wzorków. Wstyd? Niedopuszczalne, nie z moimi małymi dziełami sztuki, które zakrywają buraczki młodości. No ale, jakoś tak… epatowaniem nimi i pokazówką zainteresowana nie byłam. To zdecydowanie ja wolałam popatrzeć.
A było na co. Mogłam na żywo przewertować albumy Aune, którą podglądam na instagramie, Popatrzeć na zdjęcia i całe książki z foto Marianosa i wielu, wielu innych. Trochę to jak macanie urbansketcherowych szkicowników. Tak blisko i w końcu nie przez szybkę telefonu.