Jak mam cię obsłużyć?

Jak mam cię obsłużyć?

Zaprawdę powiadam wam, jeśli ktoś za miesiąc powie do mnie procedura, instrukcja czy algorytm to z pewnością zwymiotuję mu na laptopa. Manuale, tutoriale, opisy, szkolenia. Tony papieru, tony analiz, genialne myśli… no i tak to dalej szło. Taka piosenka była, w zasadzie hymn mojej młodości kiedy to jeszcze nieskażona byłam martwieniem się o to, czym martwią się dorośli. Niewiele przypuszczam z niej rozumiałam, ale śpiewało się dobrze. Zwłaszcza siedząc przed szkołą na ławkach.
Szkoła się skończyła. Dawno temu, można by nawet powiedzieć że ponad ćwierć wieku – no zależy jak to liczyć i czy brać pod uwagę jako koniec beztroski okres w którym radośnie odśpiewywałam ową piosenkę.
Witamy w dorosłym świecie. W świecie pracy, zapierdolu (często bezsensownego ale widocznego – na szczęście to nie u mnie), przepisów, reguł.

No i w świecie procedur

Procedur i procesów, obiegu informacji, komputeryzacji, matematycznych równań z których bierze się panosząca coraz bardziej sztuczna inteligencja, BigData (o to to powinnam lubić, te analizy danych przez kodowanie w pytongu).
Jako osoba techniczna, a właściwie to taki całkiem ciekawy mix artystki z wannabe-informatyczką szczególnie bliskie są mi instrukcje i schematy rysowane na milimetrowym papierze. Nawet całkiem niezłą sztukę dałoby się z tego zrobić. Tylko sobie wyobraźcie, schemat elektryczny ozdobiony ornamentami, inicjałami jak z średniowiecznych manuskryptów i złoceniami. Bajka. No ale to już było, to nie mój koncept tylko zapamiętany przeze mnie z „Kantyczki dla Leibovitza”, którą to dawno temu czytałam. Tak z dwadzieścia lat by było. Studiowałam wówczas etnologię, a jakże, w końcu jestem mixem. Zamiast „Wszyscy mamy źle w głowach” Elektrycznych Gitar nuciłam pod nosem autorskie rymy – „święty Leibovitzu módl się za nami etnologami”. Zwłaszcza w trakcie sesji, oj wówczas to jak modlitwa dla mnie była. Technologia przeplatająca się z uniwersum mrocznych wieków, technologia przeplatająca się z życiem. Cały świat opisany w procedurach i instrukcjach.

Nawet do kota jest instrukcja.

Serio. Istnieje. W żartobliwym tonie, bo jak tu pisać o żywej istocie jak o urządzeniu. Szczerze powiem, że duży dystans do świata trzeba mieć żeby takie rzeczy czytać i nie brać tego na serio, nie oburzać się, że jak to? Przyjaciel, żywe stworzenie w tak bezduszny sposób opisane jak odkurzacz. No tak to. Nie ma w tym nic złego, o ile ma się dystans i nie przyjmuje wszystkiego co zostało wydane na papierze jak biblii i sposobu kategoryzowania świata.

Jest i kot. I instrukcja.

Zaczynamy jak to w konsumpcyjnym świecie przyjęte od wyboru modelu. Tak żeby był odpowiednio dopasowany do naszych potrzeb i spełniał oczekiwane funkcje i zadania. Dobre sobie, wybór modelu, no koń (kot w sumie też) by się uśmiał. Zawsze przekonana byłam, że one po prostu przychodzą do nas same. Namierzają nas na mapie galaktyki i pojawiają się w odpowiednim czasie i miejscu. Po prostu siup! I nagle przed naszymi oczami staje ten oto idealny kot, który sobie wybrał nasz dom i nas za opiekunów. Tak mi się zdaje, patrząc na historię chociażby pojawienia się u mnie Pchełki i Syczusi. Właściwie to nie byłam wówczas gotowa w pełni na kota. A już tym bardziej na dwa, co to, to nie. Gdzieś tam myślałam powoli i nieśmiało… skończę remont mieszkania, odgruzuję, osiądę tu, odpocznę i może wtedy by się kot przydał. A gdzie tam. Nie ma mowy. Najpierw pojawiła się Mitsi. Nagle. Tak niespodziewanie, że prawie się o nią potknęłam na schodach wynosząc śmieci w drodze do sklepu. Na romantyczny spacer do Lidla, jak zwykłam ostatnio mawiać. No i patrzę siedzi sobie, na pół piętrze siedzi zdezorientowany biało-czarny kotek. Pewnie czyjś, bo zadbany i ma błyszczącą brokatową obróżkę. Czytając te wszystkie miejskie, straszne historie o pogryzionych czy potrąconych przez samochód zwierzętach niewiele się zastanawiając ostawiłam worek ze śmieciami, wzięłam kota pod pachę i zaniosłam na swoje poddasze. No ale był czyjś, nie wolno kraść kota bo ktoś na pewno za nim płacze. Trudno, wrzuciłam w odmęty lokalnego internetu informację ze zdjęciem. I bzyyyk za kilkadziesiąt minut dźwięk dzwonka do drzwi. Cóż było robić? Puściłam kota luzem w ramiona jego opiekunów. No ale w moim domu był kot, rozpalił gorące pragnienie i tęsknotę za futrzanym towarzyszem.
Więc wybór modelu, który to w zasadzie u mnie w mojej ideologii ograniczał się do kolorystyki. Bo jaki ma być? No na pewno nie biały. Kot to bury powinien być. Stereotypowo. Albo czarny jak diabeł, idealny dla czarownej czarownicy.
Przejrzałam stronę fundacji i moim oczom pokazały się one. Najchętniej w dwupaku, jak było to opisane. Bo w sumie, to po co wybierać? Skoro można dwa. Bura i czarna kocia siostra.
Co następne? Zgodnie z procedurą. Podanie o kota. Tony papieru, tony analiz… Formularz z kilkunastu pytań. A co będzie jadł, a jak będzie oswajany, a czy zdaję sobie sprawę z…, a co właściciel mieszkania na obecność zwierzęcia, czy jest zgoda. Poddasze całe moje, mogłabym sobie nawet nasrać na środku salonu i spoko, albo kot mógłby srać. Papiery wypełnione. Wizytacja, sprawdzenie warunków technicznych. Proszę bardzo. Tu jest kuchnia, tu jest salon, pokój, drugi pokój, kibelek w którym to docelowo kuweta będzie. Bo póki co remont. Akcept, dogadane, ręka uściśnięta. Procedura punkt kolejny. Transport przez pół Polski.

I instalacja kota w domu

Jak się instaluje koty w domu? Bardzo prosto. Transporter w którym przyjechały został ustawiony w salonie. Drzwiczki otwarte, zapraszam do zwiedzania nowych włości. Nie bardzo? Nie chcą? Nie zaciekawione? Wystraszone po długiej podróży. Ok, w porządku. Potrzebny czas, a nie że wyjmę „produkt” z pudełka i już.


Na spokojnie kotki w przeciągu godzin zainstalowały się same. Takie plug & play. Wyszły, pozwiedzały, kuwetę w korytarzu obwąchały i przetestowały. Zainstalowane. Przyszła pora na karmienie i wymagania w kwestii zasilania i odpowiedniego paliwa. Te akurat okazały się modelem wszechstronnym i ekonomicznym. Aż za bardzo wszechstronnym. Nic to, pewnie wpływ trudnego dzieciństwa i wieczne pustych brzuszków. Wszystko by zjadły, łącznie z kwiatami.

A jak to zwierze się obsługuje? Co się z nim robi? Czy ma ukryte funkcje?
A i owszem. Oprócz masakrowania wszystkich kwiatów, w szczególności palmy areki, kot ma funkcję mruczenia. Jak ją aktywować? Bardzo prosto. Otóż, należy usiąść, książkę czytać. Może być nawet ta instrukcja obsługi i procedura dbania o niego. Ignorować w pozycji siedzącej i zaraz kocie czujniki wykryją obiekt na którym to kot może się ulokować i rozmruczeć. Nic trudnego w zasadzie. Ponoć niektóre mają ten program zablokowany. Aczkolwiek moje modele akurat nie. Mam wrażenie że to egzemplarz „medyczny”. Wiecie że ich mruczenie pozwala stabilizować nastrój, obniża ciśnienie krwi i zapobiega wszelkim chorobom? To doskonałe niańki i psychoterapeuci. Czytałam w internecie, więc musi być prawda to.

No i książka też o tym mówi. Wskazuje też na inne funkcje. Podobno mogą być wystawowe, albo takie albo i inne. Możliwości jest wiele. Moje oprócz bycia medykami pełnią też rolę grzejnika. Zwłaszcza w zimowe noce. I nocnego stabilizatora snu. Nie mogę się w nocy wiercić i rzucać przez sen kiedy śnią się koszmary. No nie da się, skoro… kot na mnie leży. Pozostaje jedynie się uspokoić i słodkim snem dotrwać rana. A rano?
Funkcja budzika. Miau, miau, miaaaaał… gdzie jest wydawka, gdzie miseczka z mięsem z puszki.
Funkcja oczyszczacza powietrza. Codzienna drama, bo koty chcą na okno, osiatkowane rzecz jasna (to był warunek zamówienia kota, że siatki na oknach będą). Trzeba więc śnieg nie śnieg, mróz nie mróz chociaż na chwilę im okno otworzyć i puścić na wybieg na zewnętrznym parapecie. Mieszkanie się wietrzy po nocnych potach i koszmarach.
Funkcja potykacza. Zawsze ale to zawsze kiedy śpieszę się, bo już czas wyjść z domu, do pracy, nie spóźnić się na przystanek tramwajowy, żeby nie biegiem, żeby nie na ostatnią chwilę, zawsze wtedy pod nogami w korytarzu jest kot, który nadzoruje wiązanie sznurówek butów i zakładanie płaszcza.
Funkcja witania. Po długim dniu, zanim jeszcze zdążę drzwi otworzyć już siedzą w rzędzie na płytkach w korytarzu i czekają żeby mnie po powrocie obejrzeć. Czy zmęczona, czy mi zimno, czy potrzebuję uwagi? Nie? to w tył zwrot, idą do siebie powolnym krokiem.


No i takie to życie z kotami jest. Podobno wbrew rozbudowanej instrukcji w formie książki nie wymagają specjalnej obsługi.
Przynajmniej te moje modele.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.